Straszymy zwierzatka


Cytat:W Kurierze PKP chwalili się, ze wybrano starannie dobrany zestaw dzwiekow.
Myslalem ze tu beda jakies odglosy zwierzat lesnych, a tu ujadanie
jak z typowej zagrody :)



A czym sie rozni odglos wydawany paszcza, przez szlachtowana swinie od
odglosow dzika, ktorego wlasnie stal sie zestawem zywieniowym np. stada
wilkow? ;-)

Krzysztof

 

raporty:

22.10.08 Las Goszcza

Spontaniczna wieczorna wyprawa do lasu w Goszczy zaowocowała obserwacjami:

Puszczyk zwyczajny:

Po zmroku około godziny 19 w rejonie poletka przy leśniczówce w środku lasu odzywała się przez chwilę samica puszczyka, następnie około godziny 20 przy granicy lasu na skutek krótkiego wabienie ręcznego najpierw odpowiedziała samica puszczyka, następnie samiec i kolejny samiec z drugiej strony. Zmrok uniemożliwił obserwacje na tle nieba. Ostatnia obserwacja miała miejsce jak zwykle przy peronie przystanku w Goszczy gdzie wśród podmokłych zarośli obok toru w świetle peronowych latarni polował puszczyk.

Sarna: w sumie kilka sztuk: pod ambona na łące pod lasem 3 żerujące osobniki w tym 1 kozioł, 1 koziołek przy wsi i kilka spłoszonych osobników w lesie. W części bukowej, gdzie na ziemi lezy gruba warstwa suchych opadłych liści doskonale słychac każde wędrujące po lesie zwierze, w tym sarny i prawdopodobnie kunę.

Lis: na granicy lasu bardzo wyraźny odgłos uciekającego niedużego zwierzęcia. W ciągu całego wieczoru w lesie raz zapaliłem czołówkę właśnie wtedy gdy usłyszałem bezpośrednio przed sobą uciekające zwierzę. W świetle zobaczyłem przez chwilę rudą sylwetkę psowatego stworzenia.

Do tego: bażanty, kogut pod wsią i kilka sztuk żerujących na polach, zając na łące pod lasem.

Dzik: przed zmrokiem gdy panowała jeszcze szarówka widoczne

Obserwował: Syndrom

raporty:

12.03.2009 Puszcza Niepołomicka: leśnictwo Chobot

Wieczorna kilkugodzinna wyprawa do Puszczy przyniosła obserwacje:

puszczyk uralski – czterokrotnie powtórzony charakterystyczny głos tokowy samca. Ptaka słychac było od strony oddziału 44.

puszczyk zwyczajny – przy Prezydentce najpierw aktywny głosowo samiec, następnie kwiląca samica. Ptaki przelatywały często z drzewa na drzewo. Po chwili odezwały się następne samce. W najbliższym sąsiedztwie słychac było ich kilka (5?) z różnych stron i z różnych odległości. Ptaki aktywne około godziny 20.30 do 22.

W drodze powrotnej pojedynczy osobnik przeleciał nam tuż przed samochodem w rejonie Wyciąża.

Z obserwacji poza ptasich:

dziki – bliskie odgłosy dużej watahy. Słychac było wyraźnie pojedyncze „warknięcia” i „fuknięcia” tratowanie gałęzi i ściółki. Zwierzęta przemieszczały się powoli, jakby przystając. Kilkadziesiąt metrów dalej odgłos dzików przy drodze i odgłos osobników jakby przeskakujących drogę przed nami.

Już w Krakowie na ul. Ułanów przy Technikum Komunikacyjnym kuna siedząca na chodniku. Gdy zbliżyłem się, zwierzę schowało się pod bramą i uciekło w głąb ogródka posesji.

Obserwował: Dominik G., Syndrom, Askatu

Obserwacje ssaków 2006

U mnie wczoraj dziki i dzisiaj dziki ,...mianowicie, około 18.00 wybrałem sie w teren, udało mi się namówić brata. Po 15 minutach usłyszeliśmy jak lasem porusza się watacha, było jednak ciemno, lampka miała słaby zasięg i nici ze spotkania. Zwierzęta wyszły z lasu i było słychac jak maszerują sobie polem. Ale siedzimy dalej. Po 20 minutach od przejścia pierwszej watachy, lasem nadciągała następna. Sytuacja się powtórzyła- dziki były oddalone od nas o jakieś 100 m. W tym stadzie musiały być lochy z odyńcami, świadczyły by o tym wydawane przez nie odgłosy.
Do 3 razy sztuka. Lampkę przerobiliśmy (świeciła dalej, ale miała wąski zakres) i doszedł nas szelest liści-- następna watacha. Zeszliśmy z ambonki (trudno, jak nas pogonią to pogonią ) i po chwili dziki zaczęly wychodzić z lasu. Podchodziliśmy do nich polem, żeby nie robić hałasu. Widzieliśmy 7 dorodnych dzików i około 10 młodych. Super widoczek. Lekkomyśloność bywa jednak ukarana, co pokazały kolejne 2 minutki ,a mianowicie brat wyszedł na drogę i potknąwszy się o kamień, narobił niechcący troszku hałasu. Dziki stały w bezruchu, kilka młodych dało nura do lasu i wtedy jakiś olbrzym zakwiczał i...ruszył w naszą stronę. Rekord na 100 m pobity
W przeciągu 1,5 godziny mieliśmy okazję zobaczyć 3 watachy! Widzieliśmy tylko jedną ale nie ma co narzekać. Ciekawą rzeczą było to, że zwierzęta zaczęły wychodzić z lasu dopiero wtedy kiedy ustał wiatr. Albo poprostu zbieg okoliczności albo coś w tym jest.

Niesamowite przeżycie ,takie spotkania dostarczają mnóstwo wrażeń!

 

"Ciągle siedzisz w domu"

Cytat:Nie mam z kim wyjść na dwór



No ja też nie mam. NIKT ze mną nie chce chodzić w te najciekawsze miejsca. Bo mówią że:

1)Za dużo komarów
2)Za dużo krzaków
3)Za dużo pokrzyw
4)Za dużo turzyc
5)Boją się niebezpiecznych zwierząt (saren, dzików, "tych dziwnych odgłosów" (czajkowych) i "tego czegoś w wodzie"(bobra))
6)A już nie daj Boże derkacza pod nogami spotkać. (No po prostu histeria.)
7)Boją się że ich zgubię i będą musieli nocować w warunkach naturalnych, a oni nie mają zapałek.
8)Nie chcą wpaść do mokrego rowu.
9)Nie chcą zapaść się kaloszami w błoto.
10)Nie chcą mieć kleszcza, ani takich much co gryzą, ani Tygrzyka paskowanego("bo to gorzej niż ptasznik").

I narzekają i narzekają. A ja mam tego dosyć i jeżdżę na wycieczki z moim psem - pies jest zadowolony i ja jestem że mi nikt nie truje pod nosem. Fakt faktem - pies ma tendencje do płoszenia wszelkiego życia, ale cóż, wszystkiego mieć w życiu nie można.

Większość swojego wolnego czasu spędzam na takich wycieczkach. I trochę mi szkoda że nikt z tych osób które mogłyby mi towarzyszyć - nie podziela moich zainteresowań. A rodzice - nic tu nie mają do gadania - tylko każą mi dzwonić w razie gdyby ktoś mnie zabijał (w sensie "ruska mafia na mokradłach").

ulubiony sposob spedzania wolnego czasu

Moim marzeniem jest wyjechac do buszu z dala od cywilizacji.
Tylko ja i dzika przyroda.Cisza,odglosy ptakow,zwierzat.
Hmmm.............jak ja to kocham.
Uwielbiam las,grzybobranie,łąki,pola.
Tam odzywam,tam zyje,tam sie wylączam i wchłaniam to piekno na maxa.
Kurcze.....ale sie rozmarzylam.........
No a oprocz tego uwielbiam czytac,choc teraz nie mam
na to tyle czasu co kiedys.
Nienawidze siedziec w domu,uwielbiam piesze wędrowki,
jazde rowerem.
Lubie tez gotowac,a gotuje pysznie i nie jest to moja opinia.
Jest tego duzo wiecej ,ale zabraklo ,by strony.

Droga "Dzicz"

A kit, będę pisał zwięźle ;<

--------------------------------

Sensei wysłuchał uważnie Kenjiro, po czym zupełnie go ignorując odwrócił się i ruszył przed siebie.
Poszliście za nim.
[...]
Idąc w ciszy wąską ścieżką wśród drzew słyszeliście odgłosy dzikich zwierząt żyjących w tej dżungli. Nie raz zauważyliście dwumetrową wiewiórkę skaczącą po gałęziach usytuowanych kilkadziesiąt metrów nad waszymi głowami.
Sachi dostał gigantycznym orzechem w łeb i upadł na ziemię.
W tym samym momencie Sensei i pozostała dwójka geninów usłyszała głośny ryk brzmiący jakby wydało go stado szarżujących bizonów. Tupot nóg był coraz bliżej.
-Jest ich dwóch. Ja wezmę jednego, a Wy postarajcie się ocucić Sachi'ego i weźcie się za tego drugiego. - rzekł spokojnie sensei składając pieczęć. Po chwili towarzyszyło wam jeszcze pięć jego bunshinów.
Z daleka mogliście ujrzeć sylwetki zbliżających się potworów. Wysokie na około 15m dziki zbiżały się do was przewracając kolejne drzewa. Pewnie nic nie jadły od paru dni...

[Przypominam, że drzewa w shinrin sięgają niemal chmur, a zwierzęta żyjące w tych lasach nie są dużo mniejsze...
Sachi - 30PŻ, Stan fizyczny: Nieprzytomny]

="nd();" >Dziki w Dąbrowie Chotomowskiej

Połóż jakichś starych szmat nasączonych ON lub opałówką, są też jakiś "odstraszacze", pewnie można znaleźć na Allegro.

Z psami też jest problem, bo użycie psa do przepłaszania ( a nie wg. ściśle określonych zasad - polowania) jest w świetle Ustawy o ochronie środowiska przestępstwem. Nie daj Boże jak któreś ze zwierząt, obojętne pies czy dzik, dozna uszczerbku na zdrowiu, to już amen w pacierzu. Oczywiście sytuacja ma miejsce przy "życzliwości" obserwatora.

U mnie też podchodzą pod bramę mi nie przeszkadzają ale rozumiem obawy kogoś nieobytego z przyrodą. Atak dzika następuje w dwóch przypadkach: 1) locha prowadząca młode, ale to na wiosnę, 2) ranny- postrzelony odyniec.

Dziki to bydlęta wędrowne, więc bez żarcia pójdą sobie dalej, u nas już są tak zmanierowane, że człowiek nie budzi lęku a wręcz się spotkałem z sytuacją, że śmiało podbiegają na odgłos szeleszczącej torby - odruch Pawłowa pokonuje lęk przed człowiekiem. Pozdr.

Dowcipy

Witam.

W lesie ogromne zamieszanie: hałas, odgłos przewracających się drzew, kurz... zwierzęta pierzchają co tchu... Przed małą chatką staje - jak wryty - ogromny dzik:
-Jest Krzysio?
Z chatki cichutkie:
-Nnnnie.
-Jak się zjawi, powiedzcie, że prosiaczek wrócił z wojska.

Pozdrawiam.

Tekst numeru 14

Literatura numeru 14 już za mną, a teraz jej ocena:

Siarkiewicz - Najwyższe prawo - Żeńska działka w tym numerze jakoś mi nie podeszła. Opowiadanie się czyta, jest jakaś historia, ale jakoś mnie do siebie nie przekonała, nie wciągnęła. W porównaniu z resztą należy się mu miejsce na podium, ale tylko miejsce trzecie, którego tu nie nagradzamy.
Kilian - Sprawa podwórzowa - Nie wiem czy komuś jeszcze nasunęło się tak jak mnie porównanie z pierwszym tekstem o PiK naszego duetu U&O. Zarówno tematycznie jak i środowiskowo i zestawienie to jak dla mnie wypada na remis. Tak jest tekst Kiliana jest bardzo dobry, wciągająca historia, dobrze oddane realia i przede wszystkim ciekawy pomysł. PUNKT, ale tylko drugie miejsce bo chińskie fantasy bardziej mi się podobało
Juraszek - Klasztor nad brzegiem rzeki - bardzo dobre opowiadanko, też lubię już Xiao. Nie wiem czy to szyk zdania, czy nazewnictwo i opisy, ale mam wrażenie pewnej inności tego tekstu jak gdyby nie pisał tego Polak, a rodowity Sin . Ale mam też dwie uwagi: po pierwsze być może jest to poprawne, ale uderzył mnie tygrys tratujący krzewy. Odgłos ten pasuje mi bardziej do zwierząt kopytnych, może jednak się mylę. Druga sprawa to rozprawa z tragarzami, Xiao poradził sobie mniej więcej z czterema, a było ich chyba przynajmniej dwunastu skoro nieśli wcześniej trzy lektyki, gdzie reszta? Niejasności swoją drogą, ale PUNKT się należy i to nawet ten ważniejszy
Szymanek - Tanatos - przeczytałem i zapominam, nie mój klimat, nie wciągnęło; poprawne czytadło.
Domagalski - ORP "Dzik": FUGAZI - tekst nie jest zły, ale czytając go po raz wtóry już tak nie rusza.

Obserwacje ssaków [2006]

Wczoraj widziane przeze mnie ssaki to ; szarak (tylko 1, siedział sobie na drodze, a jak się zblizyłem...wiadomo, uciekł ) ,potem widziałem także sarnę (kozę). Dopiero o godzinie 21.45 zaczęło się pokazywać wiecej ssaków. Było trochę gryzoni, ale niestey nie potrafiłem ich zidentyfikować, widziałe też 2 sarny (kozę i kozła), a także słyszałem i widziałem przez moment dziki. Te ostatnie to o włos nie wprawiły mnie o zawał. Wyjeżdżałem akurat z lasu na polną drogę i zatrzymałem się na chwilę. Po dosłownie kilku sekundach usłyszałem za mną w lesie odgłosy młodych dziczków, chciałem wejść z powrotem do lasu zobaczyć je, ale nagle w moją stronę zaczęło biec (z tego co słyszałem) około 4 dzików. Wyrwałem do przodu jak nigdy, ale po kilku metrach zatrzymałem się i widziałem tylko cienie tych zwierząt jak przebiegły leśną drogę, zmieniły kierunek i uciekły gdzieś w głąb lasu.

PKP wyremontuje trasę Opole-Zabrze

z Nowej Trybuny Opolskiej  http://tiny.pl/j4tb

Do Euro 2012 przez Opolszczyznę będzie biegła supernowoczesna linia
kolejowa. Pociągi mają kursować z prędkością 200 km/h. Po remoncie
torów z Opola do Katowic będzie można dojechać w 40 minut, a dziś
potrzeba na to 90 minut - mówi Ryszard Gajny, dyrektor Zakładu Linii
Kolejowych w Opolu.Opolscy kolejarze pokazali plany modernizacji linii
z Opola do Kędzierzyna-Koźla (i dalej do Zabrza). To fragment szybkiej
trasy kolejowej E-30, która do Euro 2012 ma połączyć zachodnią i
wschodnią granicę państwa. Szykują się wielkie remonty, niektóre
dworce zostaną zburzone i wybudowane od nowa. Powstaną także nowe
wiadukty. - To będzie jedna z najnowocześniejszych linii w kraju -
zapewnia Gajny.Nie do poznania zmieni się Dworzec Główny w Opolu. Jego
perony zostaną wydłużone do 400 metrów. Po południowej stronie dworca
(tam gdzie teraz jest peron pierwszy i drugi) powstaną dwa dwa kolejne
perony.Kolej zbuduje także dodatkowe przejście podziemne, które
połączy hol dworca z dzisiejszym peronem piątym, będą też windy dla
osób niepełnosprawnych. Na trasie z Opola do Kędzierzyna żadna droga
nie skrzyżuje się z torami. Planowana jest budowa 15 wiaduktów, m.in.
w Opolu, Górażdżach, Gogolinie i Zdzieszowicach. Kończy się też era
semaforów informujących maszynistów o wolnej drodze. Wspomagać je
będzie ostrzegawczy system radiowy - rodzaj autopilota. Przy 200 km/h
maszynista mógłby nie zauważyć sygnalizacji semafora - tłumaczy Marek
Golański, naczelnik wydziału automatyki i telekomunikacji w Zakładzie
Linii Kolejowych w Opolu. - Informacje z urządzeń przy torach będą
napływały do komputera pokładowego maszynowozu. W razie potrzeby sam
komputer zwolni bieg pociągu. Wzdłuż torów zostaną umieszczone
urządzenia odstraszające dziką zwierzynę. Przed przejazdem pociągu
mają emitować dźwięki przypominające odgłosy walczących zwierząt.
Linią z Opola do Kędzierzyna mają jeździć tylko pociągi pasażerskie.
Dla towarowych zmodernizowana zostanie trasa z Opola do Strzelec
Opolskich. Tam maksymalna prędkość wynosić ma 120 km/h. - Mamy już
wstępny projekt - dodaje Ryszard Gajny. - W przyszłym roku ogłaszamy
przetarg. Jeśli szybko nie zaczniemy remontu, to do mistrzostw Europy
możemy nie zdążyć. Modernizacja linii z Opola przez Kędzierzyn do
Zabrza ma kosztować setki milionów euro. - Jednak dokładnej sumy przed
przetargiem podać nie możemy - zastrzega dyrektor Gajny.

Strzelanina na grzybach

"- Leżałem na ziemi i modliłem się, aby psy mnie nie zagryzły i nikt mnie nie zastrzelił. To cud, że nic mi się nie stało - mówi mieszkaniec Koszalina.
- Dlaczego nikt nie ostrzega ludzi, że takie polowanie jest organizowane? To skandal!
Piątkowego poranka koszalinianin nigdy nie zapomni. Tego dnia wybrał się na grzyby w miejsce, które dobrze zna: do lasu blisko Cewlina. Na parkingu, gdzie stały również inne auta, zostawił swój samochód, wziął koszyk i ruszył między drzewa. Kilkanaście minut później stanął jak wryty, bo nagle usłyszał krzyki, ujadanie psów i odgłosy wystrzałów. Po chwili psy pędziły już w jego stronę. Przerażony wdrapał się na drzewo. Zszedł, gdy zwierzęta pobiegły dalej.

Bałem się, że dostanę zawału
- Byłem przerażony, nie wiedziałem co robić - opowiada pan Eugeniusz. - Nagle wyrósł przede mną jakiś człowiek, który zaczął na mnie wrzeszczeć, że to polowanie i żebym uciekał! Zacząłem biec przed siebie, ale odgłosy strzałów były coraz bliżej i jakieś zwierzę, chyba dzik, na mnie pędziło. Rzuciłem się na ziemię i tak leżałem jakiś czas, aż wszystko się uspokoiło. W końcu dotarłem do samochodu. Ręce trzęsą mi się jeszcze do tej pory. Przecież o mały włos nie straciłem życia! - mówi zdenerwowany. Dodaje, że ma arytmię serca. - Bałem się, że dostanę zawału - wspomina. Nie może uwierzyć w to, że nikt, żadne służby za to odpowiedzialne, nie zrobiły nic, aby ostrzec ludzi, że w tym miejscu i tego dnia będzie polowanie. - Nie było żadnych tablic ostrzegawczych przed wejściem do lasu. A przecież grzybiarzy jest teraz w lesie bardzo wielu! Nie chcę nawet myśleć o tym, co by się stało, gdyby to przydarzyło się matce z kilkuletnim dzieckiem, które przecież na drzewo nie wejdzie - mówi. Nie wyklucza, że o sprawie powiadomi policję..." reszta na www.gk24.pl

raporty:

Puszcza Niepołomicka: Chobot, Orłowiec 11.11.2007
Pomiędzy godziną 12.00 a 17.00

Puszczyk uralski – osobnik siedzący na wierzchołku złamanej olszyny, w miejscu bardzo wilgotnym. Ptak znajdował się w odległości około 20 metrów od drogi i był tam świetnie wyeksponowany.
Dzięcioł czarny – f., żerował w górnej części dębowego pnia. Odezwał się kilkakrotnie charakterystycznym „piskiem”.
Dzięcioł duży – w sumie 3 osobniki w różnych częściach lasu
Myszołów zwyczajny – 2 osobniki polujące nad łąkami
Niezidentyfikowany duży ptak drapieżny, który podniósł się znad zadrzewień nad Drwinką i poleciał w kierunku ściany lasu. Popielaty grzbiet, płynny lot przerywany krótkim szybowaniem.
Gil – 2 osobniki
Raniuszki – kilka osobników na krzewach na brzegu lasu, wśród stadka bogatek
Srokosz – osobnik siedzący na wierzchołku niskiego krzewu wśród łąk
Bogatki – pojedyncze osobniki i stadka
Sikora modra – pojedyncze osobniki na brzegu lasu
Kosy – kilka sztuk wśród krzewów na brzegu lasu

Z fauny pozaptasiej:

Bóbr ??? – idąc wałem wzdłuż Drwinki spłoszyłem z kępy trzcin duże zwierzę. W pierwszej chwili słychać było łamanie gałęzi i odgłos zwierzęcia wskakującego do wody. Bestia zanurkowała, po chwili prawie się wynurzyła i zniknęła w toni.
Dzik – krótko po godzinie 16, w trakcie gwałtownej śnieżycy, pędzący osobnik przeskoczył drogę w odległości około 40 metrów przede mną.
Sarna – w sumie 43 osobniki, większość w rudlach na łąkach.
Lis – w sumie 6 osobników w różnych częściach lasu i łąk. Może w przypadku 1 obserwacji mogłem zdublować tego samego osobnika, ale wątpię ponieważ odległość wynosiła około 400 m. A czasu nie minęło wiele. Najbliżej był lis wędrujący brzegiem śródleśnej łąki, którego obserwowałem z odległości około 60 m. Pozostałe penetrowały łąki, ostatni przebiegł przez linie oddziałową.

Idąc wałem nad Drwinką napotkałem fragmenty szkieletu dużego zwierzęcia. Był kręgosłup, żebra itp... Po chwili znalazła się też czaszka łani wraz z żuchwą. Wyglądało to tak jakby łania przeskakując przez koryto Drwinki zaplątała się w gałęzie i utopiła? Sądząc po wyglądzie kości do zgonu mogło dojść co najmniej kilka miesięcy temu. Na czaszce zdążył pojawić się już zielony nalot.

Obserwował: Syndrom

Dziki, wszędzie dziki

Słuchajcie, ja się staram do wszystkiego podchodzić na zasadzie"może ja nie mam racji", ale w tym wypadku mi trochę trudno.

Dwie sytuacje. Kuzynka, mieszkająca w tym samym bloku, biegnie rano na autobus, w pewnym momencie słyszy za sobą "Niech pani uważa, dzik za panią!", dziękuje i idzie dalej. Po chwili widzi, jak miła staruszka stojąca za płotem, w jednym z ogródków sąsiedniego, ogrodzonego osiedla - dokładnie ta, która ją ostrzegła... rzuca dzikowi jabłuszko przez płot.

Druga. Z domu na balkon wyrywa nas odgłos chrząkania. Na polance przed naszym balkonem pasie się stadko dzików. Piątka. Po chwili drzwi jednego z ogródków na parterze sąsiedniego bloku otwierają się, wychodzi roześmiana pani i... rzuca dzikom okruszki.

Ja nie wiem, te dziki głodują, jest jakieś zalecenie, żeby skoro nie można ich na razie łapać, to je dokarmiać?

Bo na moje to te dziki sobie doskonale radzą, jeśli chodzi o znajdowanie jedzenia, a dokarmianie ich - dzikich zwierząt - powoduje wiele negatywnych skutków:
1. Uczą się żerować na ludziach, polegać na ludziach - błąd każdego dzikiego zwierzęcia, ludziom nie można ufać, bo ludzie są różni.
2. Uczą się żerować w zbiorowiskach ludzkich i będą tam przychodzić chętniej, niż szlajać się po ich rodzimym środowisku. Kto wie, czy jak zostaną nawet w odpowiednim dla nich czasie wywiezione, to nie spróbują wrócić.
3. To są dzikie zwierzęta. Kierują się instynktem. Nie oszczędzą Waszych dzieci i dotkliwie je poturbują, w razie stresującej dla nich sytuacji, niezależnie od tego, ile jabłuszek i okruszków im wcześniej rzucicie przez płot.
4. Ja rozumiem, że kiedyś dziki i ludzie żyli na tym samym terenie. Ale wtedy ludzie nie oddalali się poza swoją wioskę bez dzidy, włóczni, noża. Teraz ludzie są bezbronni. Chyba, że chcecie wrócić do tamtych czasów?

Więc błagam - albo niech ktoś mi wyjaśni swoją logikę przy dokarmianiu dzików, albo niech sam się zastanowi, co robi. Cytując Małego Księcia "Stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś". Jak poczujecie się, jeśli Wasze kochane dziczki zza płotu zrobią komuś kiedyś krzywdę? To Wy przecież zachęcaliście je do pozostania na naszym terenie. Wiecie, do czego jest zdolna locha, gdy poczuje, że jej młode są zagrożone? A może tak poczuć tylko dlatego, że jakieś dziecko zechce pogłaskać małe, futrzane stworzenie.

Literackie opisy broni

Cytat:Rzecki odchrząknął.

- W takim razie ośmielę się proponować... przeciwnicy stają o dwadzieścia pięć kroków, idą naprzód po pięć kroków...

- Tek.

- Pistolety gwintowane z muszami... Strzały do pierwszej krwi...- zakończył Rzecki ciszej.
.......................
"Niech raz te łyki oduczą się wyzywać nas..." - mówił sobie baron.

O kilkadziesiąt kroków od niego Wokulski chodził między dwoma sosnami tam i na powrót jak wahadło. Teraz nie myślał o pannie Izabeli; słuchał świergotu ptaków, którym kipiał cały las, i pluskania Wisły podmywającej brzegi. Na tle odgłosów spokojnego szczęścia natury dziwnie odbijało szczękanie stempli w pistoletach i trzask odwodzonych kurków. W Wokulskim obudziło się drapieżne zwierzę; cały świat zniknął mu sprzed oczu, a został tylko jeden człowiek, baron, którego trupa miał zawlec do nóg obrażonej panny Izabeli.

Postawiono ich na mecie. Baron był ciągle zakłopotany niepewnością, co zrobić z kupczykiem, i ostatecznie zdecydował się przestrzelić mu rękę. Na twarzy Wokulskiego malowała się tak dzika zajadłość, że zdumiony hrabia-Anglik pomyślał:

"Tu chyba nie chodzi ani o klacz, ani o potrącenie na wyścigach!..."

Milczący dotychczas egiptolog zakomenderował, przeciwnicy wycelowawszy pistolety ruszyli. Baron zmierzył Wokulskiemu w prawy obojczyk i zniżając pistolet, delikatnie przycisnął cyngiel. W ostatniej chwili pochyliły mu się binokle; pistolet zboczył na włos, wypalił i - kula przeleciała o kilka cali od ramienia Wokulskiego.

Baron zasłonił twarz lufą i patrząc spoza niej myślał:

Nie trafi osioł... Mierzy w głowę..."

Nagle uczuł mocne uderzenie w skroń; zaszumiało mu w uszach, czarne płatki przeleciały przed oczyma... Wypuścił broń z ręki i przyklęknął.

- W głowę!... - krzyknął ktoś.

Wokulski rzucił pistolet na ziemię i zeszedł z mety. Wszyscy pobiegli do klęczącego barona, który jednakże zamiast umierać, mówił wrzaskliwym głosem:

- Szczególny wypadek! Mam dziurę w twarzy, ząb wybity, a kuli nie widać... Przecie jej nie połknąłem...

Wtedy egiptolog podniósł i obejrzał starannie pistolet barona.

- A!... - zawołał - to jasne... Kula w pistolet, a zamek w szczękę... Pistolet zdezelowany; bardzo interesujący strzał...

- Czy pan Wokulski jest zadowolony? - spytał hrabia-Anglik.

- Tak.



http://univ.gda.pl/~literat/lalka/0013.htm

O pojedynkach

A to znacie? Tak?! No to poczytajcie!

Cytat:...Rzecki odchrząknął.

- W takim razie ośmielę się proponować... przeciwnicy stają o dwadzieścia pięć kroków, idą naprzód po pięć kroków...

- Tek.

- Pistolety gwintowane z muszami... Strzały do pierwszej krwi...- zakończył Rzecki ciszej...

...Na tle odgłosów spokojnego szczęścia natury dziwnie odbijało szczękanie stempli w pistoletach i trzask odwodzonych kurków. W Wokulskim obudziło się drapieżne zwierzę; cały świat zniknął mu sprzed oczu, a został tylko jeden człowiek, baron, którego trupa miał zawlec do nóg obrażonej panny Izabeli.

Postawiono ich na mecie. Baron był ciągle zakłopotany niepewnością, co zrobić z kupczykiem, i ostatecznie zdecydował się przestrzelić mu rękę. Na twarzy Wokulskiego malowała się tak dzika zajadłość, że zdumiony hrabia-Anglik pomyślał:

"Tu chyba nie chodzi ani o klacz, ani o potrącenie na wyścigach!..."

Milczący dotychczas egiptolog zakomenderował, przeciwnicy wycelowawszy pistolety ruszyli. Baron zmierzył Wokulskiemu w prawy obojczyk i zniżając pistolet, delikatnie przycisnął cyngiel. W ostatniej chwili pochyliły mu się binokle; pistolet zboczył na włos, wypalił i - kula przeleciała o kilka cali od ramienia Wokulskiego.

Baron zasłonił twarz lufą i patrząc spoza niej myślał:

Nie trafi osioł... Mierzy w głowę..."

Nagle uczuł mocne uderzenie w skroń; zaszumiało mu w uszach, czarne płatki przeleciały przed oczyma... Wypuścił broń z ręki i przyklęknął.

- W głowę!... - krzyknął ktoś.

Wokulski rzucił pistolet na ziemię i zeszedł z mety. Wszyscy pobiegli do klęczącego barona, który jednakże zamiast umierać, mówił wrzaskliwym głosem:

- Szczególny wypadek! Mam dziurę w twarzy, ząb wybity, a kuli nie widać... Przecie jej nie połknąłem...

Wtedy egiptolog podniósł i obejrzał starannie pistolet barona.

- A!... - zawołał - to jasne... Kula w pistolet, a zamek w szczękę... Pistolet zdezelowany; bardzo interesujący strzał...

- Czy pan Wokulski jest zadowolony? - spytał hrabia-Anglik.

- Tak.
...

Broń raz w roku sama strzela !!!!!

Cytat:...W powieści "Lalka" jakiś koleś dostał urwanym kurkiem w mordę podczas pojedynku. :twisted: Dawno temu leciał ten film i nie pamiętam jak się pacjent nazywał...



Cytat:"...pojedynek ma doprowadzić do pierwszej krwi. Wtedy baron rozzłościł się i nieodwołalnie postanowił zabić Wokulskiego z miejsca.

"Niech raz te łyki oduczą się wyzywać nas..." - mówił sobie baron.

O kilkadziesiąt kroków od niego Wokulski chodził między dwoma sosnami tam i na powrót jak wahadło. Teraz nie myślał o pannie Izabeli; słuchał świergotu ptaków, którym kipiał cały las, i pluskania Wisły podmywającej brzegi. Na tle odgłosów spokojnego szczęścia natury dziwnie odbijało szczękanie stempli w pistoletach i trzask odwodzonych kurków. W Wokulskim obudziło się drapieżne zwierzę; cały świat zniknął mu sprzed oczu, a został tylko jeden człowiek, baron, którego trupa miał zawlec do nóg obrażonej panny Izabeli.

Postawiono ich na mecie. Baron był ciągle zakłopotany niepewnością, co zrobić z kupczykiem, i ostatecznie zdecydował się przestrzelić mu rękę. Na twarzy Wokulskiego malowała się tak dzika zajadłość, że zdumiony hrabia-Anglik pomyślał:

"Tu chyba nie chodzi ani o klacz, ani o potrącenie na wyścigach!..."

Milczący dotychczas egiptolog zakomenderował, przeciwnicy wycelowawszy pistolety ruszyli. Baron zmierzył Wokulskiemu w prawy obojczyk i zniżając pistolet, delikatnie przycisnął cyngiel. W ostatniej chwili pochyliły mu się binokle; pistolet zboczył na włos, wypalił i - kula przeleciała o kilka cali od ramienia Wokulskiego.

Baron zasłonił twarz lufą i patrząc spoza niej myślał:

Nie trafi osioł... Mierzy w głowę..."

Nagle uczuł mocne uderzenie w skroń; zaszumiało mu w uszach, czarne płatki przeleciały przed oczyma... Wypuścił broń z ręki i przyklęknął.

- W głowę!... - krzyknął ktoś.

Wokulski rzucił pistolet na ziemię i zeszedł z mety. Wszyscy pobiegli do klęczącego barona, który jednakże zamiast umierać, mówił wrzaskliwym głosem:

- Szczególny wypadek! Mam dziurę w twarzy, ząb wybity, a kuli nie widać... Przecie jej nie połknąłem...

Wtedy egiptolog podniósł i obejrzał starannie pistolet barona.

- A!... - zawołał - to jasne... Kula w pistolet, a zamek w szczękę... Pistolet zdezelowany; bardzo interesujący strzał... "

Afrykańska legenda o kocie :-)

Znalazłam tu bardzo pouczająca legendę o kocie

A to pobieżne tłumaczenie:

"Żył sobie kiedyś dziki kot. Nie znał ludzi, mieszkał w buszu i dżungli. Spotkał kiedyś królika
i zaprzyjaźnił się z nim. Chodził za nim wszędzie i podziwiał za nadzwyczajną szybkość i zręczność. Któregoś dnia spotkali duikera (małą antylopę afrykańska). Antylopa zaczęła walczyć z królikiem i zabiła go rogami.
Ponieważ jego przyjaciel nie żył, kot zamieszkał z antylopą. Natknęli się któregoś dnia na lamparta i ten zabił antylopę i zjadł. Kot zaprzyjaźnił się więc z lampartem, ale nie trwało to długo, bo lampart padł ofiarą lwa.
Cóż było robić, kot zamieszkał z lwem. Podczas którejś przechadzki napotkkali stado słoni
i wielki słoń samiec zabił lwa.
Kot pomyslał więc: ~Muszę zaprzyjaźnić się ze zwierzęciem tak dużym i potężnym jak słoń,
jego napewno nikt nie zwycięży.
Niestety, spotkali myśliwego, który zabił słonia zatrutą strzałą.
Kot nie widział nigdy takich dwunożnych stworzeń, pomyslał zatem: Jeżeli człowiek może zabić takie wielkie zwierzę , jak słoń, to muszę się z nim zaprzyjaźnić, wtedy już zawsze
będę bezpieczny.
Począł więc skradać się za myśliwym do jego chaty, a kiedy ten wszedł do środka, kot wemknął się na werandę.
Przycupnął tam i nagle usłyszał z chaty odgłosy kłótni, a po chwili z domu wypadł myśliwy, a za nim biegła żona, okładając go kijem do mieszania kaszy.
Kot powiedział do siebie: Teraz wreszcie widzę najpotężniejsze stworzenie na ziemi - kobietę.
Odtąd kot zamieszkuje w takim domu, gdzie są kobiety, gdyż wie, że są one najsilniejsze ze wszystkich mieszkańców ziemi"

Czy nie prawdziwe

najbliższe okolice

karawana
Wszedł między drzewa, szybko tracąc z oczu wóz. Las był piękny, ale po tym, co wydarzyło się poprzedniej nocy, łowcy odechciało się podziwiać krajobrazy. Trzymał łuk w dłoni, ze strzałą na cięciwie. Muszę dokupić strzały-przypomniał sobie-Lepiej, żeby mi ich nie zabrakło. Rozglądał się i wsłuchiwał w odgłosy lasu. Kilka drzew miało odrapaną korę na wysokości jego uda-były tu dziki. Zobaczył też ślady i ziemię zrytą w poszukiwaniu korzonków i larw. Usłyszał kwilenie łani gdzieś przed sobą. Wziął głęboki oddech i rozluźnił się. Jeśli jest tu tyle zwierząt, to nic mu raczej nie zagraża, chyba że niedźwiedź lub jakiś inny duży drapieżnik. Gdyby były tu skaveny albo pomioty Chaosu, zwierzęta zachowywałyby się inaczej. Dostrzegł ścieżkę, najprawdopodobniej wydeptaną przez zwierzęta-pewnie prowadziła do wodopoju.

Szedłeś wąską leśną ścieżką , której zwykły człowiek by nawet nie zauważył .Gdy minąłeś niewielki zakręt twoim oczom ukazała się polana. Na jej przeciwnym końcu piętrzyła się skała, ze szczytu której spadał z hukiem wodospad. Woda tworzyła u stóp skały niewielkie jeziorko, które uchodziło w dół strumieniem. Całą polanę porastały wysokie paprocie, zwisające gęstymi pióropuszami nad roziskrzoną w słońcu taflą jeziorka. Po drugiej stronie strumienia, oparty o skalną ścianę stał szałas. Jego ściany zdawały się być uplecione z gałęzi żywych krzewów i rosnących wokoło młodych dębów. Dach szałasu pokrywał zielony mech przyozdobiony gdzieniegdzie kępą bujnej trawy.

Wewnątrz szałasu

Po środku szałasu mieściło się palenisko, pod obłożonymi mchem ścianami łoże ze skór zwierzęcych, na belkach sufitowych pozawieszanych było trochę ziół, zaś na stole stało kilka drewnianych i glinianych garnków. Miejsce wyglądało na opuszczone od jakiegoś czasu . Gnijące resztki jedzenia wskazywały ,że ktoś tu był przed trzema dniami .

Dziwne-pomyślał.-Ten, kto tu mieszkał, zostawił zbyt wiele przydatnych rzeczy... Podszedł do skór i wybrał te, które jego zdaniem będą najwięcej warte. Schował je do plecaka. Właścicielowi i tak się już nie przydadzą-przemknęło mu przez głowę. Spojrzał na zioła, ale nie znał się na roślinach na tyle, żeby rozpoznać którekolwiek. Po namyśle wziął mały pęczek każdego zioła i również wsadził do plecaka. Spytam się cyrulika, czy któreś jest warte trochę pieniędzy. Jeśli tak, to tu wrócę. Obejrzał garnki, ale raczej nie było sensu ich brać-nie dostałby za nie dużo. Wyszedł z szałasu i ruszył w stronę obozu.
karawana

Urządzenia do odstraszania zwierząt

http://serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34148,2669913.html

Polski wynalazek: urządzenia do odstraszania zwierząt

Ostrzegacz ma kształt walca o wysokości 110 cm i średnicy 30 cm. Jego
zasięg skutecznego oddziaływania wynosi ponad 70 m. Pomiędzy Mińskiem
Mazowieckim a Siedlcami (52 km) stoją 62 ostrzegacze, z czego 30 na
dwukilometrowym odcinku linii kolejowej graniczącej z rezerwatem Stawy
Broszkowskie. Połączone są nie tylko ze sobą, ale i z Centrum Serwisowym
w Mińsku Mazowieckim. Wyposażone są też w zestaw czujników reagujący na
próby kradzieży i zniszczenia.
Fot. NEEL

Joanna Bosakowska, Poznań 22-04-2005, ostatnia aktualizacja 22-04-2005 20:54

Krzyczy jak sójka, szczeka, rży czy wydaje głos konającego zająca...
Polscy naukowcy i konstruktorzy wymyślili urządzenie ostrzegające
zwierzęta przed nadjeżdżającym pociągiem

Urządzenia UOZ-1 stoją od 2004 r. przy trasie kolejowej między Mińskiem
Mazowieckim a Siedlcami. Ci, którzy usłyszeli dźwięki przez nie
wydawane, określają je jednym słowem: "przerażające". Na około minutę
przed przejazdem pociągu urządzenie emituje ostrzegawczy głos sójki,
potem ujadanie psów w nagonce, rżenie konia. Całość kończy tzw.
sekwencja śmierci, np. kniazienie zająca czy głos zarzynanej świni.

- Działanie atrapy ma jeden cel: w języku dla nich zrozumiałym uprzedzić
zwierzęta o niebezpieczeństwie, tak by zdążyły uciec. Seria dźwięków
przez kilkadziesiąt sekund relacjonuje zdarzenie, które instynktownie
znają. Ich rodzaj, głośność, czas trwania i kolejność są zgodne z
sekwencją odgłosów towarzyszących polowaniom i śmierci różnych zwierząt,
drapieżników też - wyjaśnia prof. Simona Kossak, biolog, kierownik
białowieskiego Zakładu Lasów Naturalnych w Instytucie Badawczym
Leśnictwa, która opracowała unikalny sposób ostrzegania zwierząt. - Z
koncepcją podobną do mojej jeszcze się nie spotkałam - podkreśla. -
Badania, które właśnie zakończyliśmy, wykazały, że odstraszacze zdają
egzamin - mówi Marek Stolarski, prezes Przedsiębiorstwa
Wdrożeniowo-Produkcyjnego NEEL z Warszawy, które opracowało i
wyprodukowało urządzenie. Płoszy ono jelenie, sarny, łosie, dziki,
zające oraz małe i duże drapieżniki.

- W porozumieniu z przyrodnikami chętnie będziemy je montować -
deklaruje Urszula Michajłow, dyrektor Biura Funduszy i Ochrony
Środowiska Polskich Linii Kolejowych. UOZ-1 są tańsze niż przejścia nad
i pod torami, które powinny powstawać na trasach wędrówek zwierząt. -
Koszt budowy jednego przejścia nadziemnego odpowiada kosztowi ochrony
odstraszaczami ok. 500 km odcinka linii kolejowej - informuje Stolarski.
PKP może więc zaoszczędzić, bo o bezpieczeństwo zwierząt i tak musi
zadbać. Przy każdej planowanej modernizacji linii kolejowej sporządza
raport oddziaływania na środowisko, a w nim uwzględnia m.in. możliwość
przemieszczania się dzikich zwierząt. Podobne ekspertyzy robi też, gdy
inwestycja finansowana jest z funduszy UE. - W Polsce mamy tylko
przepusty dla małych ssaków, gadów i płazów. Dużych mostów ekologicznych
nie budowaliśmy. W planach są dwa na trasie Rzepin - Kunowice, ale być
może zamiast nich pojawią się odstraszacze - zaznacza dyrektor Michajłow.

Modernizacja E-30 Wrocław - Legnica - Zgorzelec

Modernizacja trasy Opole-Zabrze

Do Euro 2012 przez Opolszczyznę będzie biegła nowoczesna linia kolejowa. Pociągi osobowe mają kursować z prędkością 200 km/h. - Po remoncie torów z Opola do Katowic będzie można dojechać w 40 minut, a dziś potrzeba na to 90 minut - mówi Ryszard Gajny, dyrektor Zakładu Linii Kolejowych w Opolu.

Wczoraj opolscy kolejarze pokazali plany modernizacji linii z Opola so Kędzierzyna-Koźla (i dalej do Zabrza). To fragment szybkiej trasy kolejowej E-30, która do Euro 2012 ma połączyć zachodnią i wschodnią granicę państwa.

Szykują się wielkie remonty, niektóre dworce zostaną zburzone i wybudowane od nowa. Powstaną także nowe wiadukty. - To będzie jedna z najnowocześniejszych linii w kraju - zapewnia Gajny.

Nie do poznania zmieni się Dworzec Główny w Opolu. Jego perony zostaną wydłużone do 400 metrów. Po południowej stronie dworca (tam, gdzie teraz jest peron pierwszy i drugi) powstaną dwa kolejne perony.

Kolej zbuduje także dodatkowe przejście podziemne, które połączy hol dworca z dzisiejszym peronem piątym, będą też windy dla osób niepełnosprawnych.

Na trasie z Opola do Kędzierzyna żadna droga nie skrzyżuje się z torami. Planowana jes tbudowa 15 wiaduktów, m.in. w Opolu, Górażdżach, Gogolinie i Zdzieszowicach.

Kończy się też era semaforów informujących maszynistów o wolnej drodze. Wspomagać je będzie ostrzegawczy system radiowy - rodzaj autopilota. - Przy 200 km/h maszynista mógłby nie zauważyć sygnalizacji semafora - tłumaczy Marek Golański, naczelnik wydziały automatyki i telekomunikacji w Zakładzie Linii Kolejowych w Opolu. - Informacje z urządzeń przy torach będą napływały do komputera pokładowego maszynowozu. W razie potrzeby sam komputer zwolni bieg pociągu.

Wzdłuż torów zostaną umieszczone urządzenia odstraszające dziką zwierzynę. Przed przejazdem pociągu mają emitować dźwięki przypominające odgłosy walczących zwierząt.

Linią z Opola do Kędzierzyna mają jeździć tylko pociągi pasażerskie. Dla towarowych zmodernizowana zostanie trasa z Opola do Strzelec Opolskich. Tam maksymalna prędkość wynosić ma 120 km/h.

- Mamy już wstępny projekt - dodaje Ryszard Gajny. - W przyszłym roku ogłaszamy przetarg. jeśli szybko nie zaczniemy remontu, to do mistrzostw Europy możemy nie zdążyć.

Modernizacja linii z Opola przez Kędzierzyn do Zabrza ma kosztować setki milionów euro. - Jednak dokładniej sumy przed przetargiem podać nie możemy - zastrzega dyrektor Gajny.

Pod lupą

Dwa lata temu zmodernizowano już linię z Opola do Wrocławia. Pociągi miały jeździć z prędkością 160 km/h. Na razie jeżdżą o 40 km wolniej. Wstrzymuje je modernizacja dworca w Oławie. - W nowym rozkładzie ekspresy i InterCity osiągną na niektórych odcinkach 160 km/h - zapewnia Ryszard Gajny. - Będą musiały jednak hamować z powodu kwietniowego remontu dworca w Brzegu. Cała trasa (z Opola do granicy z Niemcami) ma nuć gotowa w 2008 r. Koszt modernizacji: ok. 3 mld zł.

źródło: Robert Lodziński, Trybuna Opolska

Modernizacja E-30 Wrocław - Legnica - Zgorzelec

Leśne zwierzęta już nie będą ginąć na torach

Na trasie od Zgorzelca do Węglińca kolejarze montują odstraszacze.

Setki saren, dzików, zajęcy ginie pod kołami rozpędzonych pociągów. Kolejarze postanowili temu zaradzić. Przy torach zainstalują specjalne elektroniczne odstraszacze zwierząt. Pierwsze z nich staną na Dolnym Śląsku na trasie z Węglińca do Zgorzelca i niemieckiej Horkli.

Urządzenia mają kształt wysokiego na ponad metr walca. Wewnątrz znajduje się odtwarzacz dźwięków, który włącza się samoczynnie minutę przed nadjechaniem pociągu. Umieszczona w stalowej obudowie syrena emituje wówczas ostrzegawczy krzyk sójki, ujadania psów w nagonce, rżenie konia, kniazianie zająca i głos zarzynanej świni.
- Każdy z tych odgłosów ma odstraszać inny rodzaj zwierzyny - tłumaczy Mirosław Siemieniec z dolnośląskich PKP. - Sekwencja trwa od 50 do 180 sekund. Jej długość jest automatycznie dopasowywana do zmieniającej się prędkości pociągu - dodaje.

Mirosław Bigos, emerytowany maszynista lokomotywy, mówi, że zamontowanie urządzeń odstraszających zwierzęta to znakomity pomysł. Przez ponad 25 lat pracy zdarzyło mu się wielokrotnie zabić na torach sarnę czy dzika.
- To nic przyjemnego, gdy krew chlapnie na szybę - wspomina ze smutkiem. - Albo, kiedy człowiek jedzie i widzi w blasku reflektorów zwierzynę na torach, która jak zahipnotyzowana patrzy w światło. Żadne hamowanie nie pomoże - opowiada.

Trasę, przy której staną odstraszacze, wybrano celowo. Tory przecinają lasy Puszczy Zgorzeleckiej. Żyje w nich dużo dzikiej zwierzyny. Nie można jej uchronić przed wejściem na tory, stawiając metalowe siatki, bo sarny czy dziki ranią się, wpadając na ogrodzenie.
- Odstraszanie elektroniczne jest podobno wyjątkowo skuteczne - mówi Mirosław Siemieniec. - W 2005 roku 62 odstraszacze stanęły na trasie między Mińskiem Mazowieckim a Siedlcami. Od chwili ich zainstalowania, nie zginęło na tej trasie ani jedno zwierzę - zapewnia.

Zaciekawieni pomysłem kolejarzy są leśnicy. Adam Duchaczyk, zastępca nadleśniczego Nadleśnictwa Pieńsk, przyznaje, że zwierzyna ginąca pod kołami pociągów to spory problem.
- Trasa kolejowa z Węglińca do granicy państwa przecina wiele naturalnych szlaków migracyjnych zwierząt - tłumaczy. - Sam nie miałem do czynienia z tego typu urządzeniami odstraszającymi. Jedynie o nich słyszałem - przyznaje.

Bardzo liczy na ten nowy sprzęt, bo niedługo prędkość pociągów znacznie się zwiększy.
- Do tej pory przejeżdżały przez lasy z maksymalną prędkością 100 kilometrów na godzinę - mówi. - Po modernizacji torowisk mogą mknąć z prędkością nawet 160 kilometrów. A to daje zwierzętom jeszcze mniej czasu na ucieczkę.

Na jednym kilometrze torowiska instaluje się 15 odstraszaczy. Jeden kosztuje ok. 35 tys. zł. Na trasach kolejowych przecinających lasy Puszczy Zgorzeleckiej będą instalowane przez najbliższe 2 lata. Urządzenia są już kupione. Pierwsze z nich wkrótce staną przy torach.

Janusz Pawul - POLSKA Gazeta Wrocławska

raporty:

Puszcza Świętokrzyska, Ndl. Suchedniów, rejon wsi Kaczka – Stary Stawek , Łąki Bukowskie – 22.03.2008, godz. od 16 do 19.30

Słonka – wreszcie długo oczekiwane ciągi! Misterium słonczych godów obserwowałem jak co roku w tzw. Łąkach Bukowskich około 2 km na południowy wschód od wsi Stary Stawek. Było w sumie 7 przelotów tokującego samca. Do tego słonka, która najpierw wydała odgłos chrapnięcia, następnie wleciała pomiędzy niskie krzaki, ewidentnie usiadała na ziemi, później zerwała się do lotu i przez chwilę siedziała na gałęzi niskiej sosny.

Bekas kszyk – o zmierzchu nad mokradłami tokowały przynajmniej dwa samce. Z głębi podmokłych łąk odzywała się też samica.

Do tego: grzywacze, sierpówki, sójki, kosy, zięby, szpaki, kaczki krzyżówki, itd…

Z fauny poza ptasiej:

Dziki - O zmierzchu w kępie trzcin i krzaków dokładnie naprzeciw mojego stanowiska rozległ się charakterystyczny hałas, odgłosy „fuknięcia”, po czym ukazała się sylwetka dzika. Sądząc po skali zamieszania zwierząt było więcej. Bydle chyba mnie wyczuło i dziki wycofały się wgłąb bagien.

W lesie dużo tropów jeleni i dzików. Przedzierając się przez las pod Kaczka natrafiłem na jarząbcze knoty. W Starym Stawku odwiedziłem znajomego gospodarza, który mieszka w zabudowaniach dawnego młyna. Absolutna rewelacją była ścieżka wydeptana przez jelenie, która prowadziła z przyległych łąk, przez groblę młyna, zniszczone ogrodzenie wprost na podwórko gospodarstwa. Jelenie uczyniły sobie skrót, przechodząc kilkanaście metrów od ściany drewnianego domu. W obejściu nie ma psa ani żadnych głośnych zwierząt. Gospodarz twierdzi, że wieczorami i nad ranem słyszy odgłosy jeleni przeskakujących ogrodzenie, przed oknami pasą się sarny, przyłażą dziki a 20 lat temu na łące tuż przed oknem tokowały cietrzewie. Bajka!

Obserwował: Syndrom

Puszcza Świętokrzyska, Ndl. Suchedniów, rejon wsi Kaczka – torfowisko Łąki Parszowkie 23.03.2008, godz. od 4 do 8 rano.

Jak co roku, także tym razem w nocy wybrałem się na torfowisko. Atmosfera wiosennego poranka na bagnach jest ze wszech miar wspaniała i nawet mistyczna.

Żurawie – ptaki raz po raz odzywały się głośnym klangorem. Widziałem tylko przez chwilę jednego, gdy przelatywał wzdłuż ściany lasu. Ze względu na wysoki poziom wody nie mogłem wejść wgłąb mokradeł, obserwując misterium zza szpaleru powykręcanych sosenek.

Bekas kszyk – odzywały się przynajmniej dwie samice i tokowały samce, ale tym razem w pewnej odległości ode mnie co uniemożliwiło mi dokładną obserwację.

Kobuz – ptak usiadł na wystającej rynnie drewnianego domu we wsi Dobra Druża. Później przeskoczył na kalenicę. Pozdrowienia dla kobuzów!

Dzięcioł czarny – jeden osobnik bębnił za moimi plecami, drugiego słychac było z lasu a kolejnego spotkałem w drodze powrotnej w rejonie Kaczki.

Dzięcioł duży – przynajmniej 5, w tym bębniące.

Czajka – pierwszy raz widziałem na Łąkach Parszowskich czajki. Jest to o tyle nietypowe, że Łąki już bardzo zarosły, nie są koszone i nie ma tam właściwie większych otwartych przestrzeni. Nad torfowiskiem fruwały 2 osobniki.

Myszołów – 1 ptak nad łąkami, nad lasem słychac było następnego.

Jastrząb gołębiarz – o świcie w sąsiedztwie domu w Suchedniowie 1 osobnik.

Kruk – w sumie 3 osobniki

Do tego: krzyżówki, kosy, szczygły, trznadle, bogatki, sikory modre, kowaliki, zięby, itp…

Z fauny poza ptasiej:

Jelenie – przed świtem w rejonie Kaczki – Dobrej Dróży obserwowałem na łąkach chmarę łań z cielakami.

Sarna – w sumie 3

Obserwował: Syndrom

Kobitki atakują część pierwsza

Jest 6 rano....z oddala za lasów dobiegają odgłosy galopującej konnicy, najlepszej konnicy na południowym wybrzeżu. Mity mówią ze na sam widok tych rycerzy ludzie wpadają w panikę. Są to kobiet ze szlachetnego rodu Dumanondów wielkie niczym dęby przerastają dorosłych męszczyzn o głowę a niektóre z nich nawet o 2 głowy !!. Zostawiają za sobą tylko zmarłych niczym plaga Lorderonu. Nie szczędzą nawet dzieci i kobiet. Jest to cos okropnego nie znam osoby która by przeżyła ten ów atak Co za potwory nawet nie oszczędzają dzieci?? Któż je zrozumie. Ich rumaki są białe jedynie przywódczyni koń tylko się odróżnia , jest czarny z trzema białymi plamkami dwie na pośladkach tak jakby miały one dawać do zrozumienia że to są oczy Szatana. A trzecia jest w dość nietypowym miejscu bo jest na głowie rumaka na środku, czoła tak jakby , miała być to tablica ( strzel tutaj !! ).
Wszystkie kobiety jadące na koniach trzymaj w pochwach J miecze odbijające brzask słonecznych promieni światła. Tak żeby oślepiały przeciwnika lub napastnika. Ale któż by chciał napaść te wojowniczki ?? .Wojowniczki czy na pewno są to wojowniczki?? Każda z nich włada lepiej mieczem w żłobku niż Artas pod bitwą w Helmowym Jarze . Pewnego dnia usłyszałem w „Tawernie Pod Zezowatym Zającem” , że pochodzą one prosto od Szatana , niby gadali że to jest straż demonów która na celu ma bronienie pewnego artefaktu po to została stworzona. I straż ta tylko wtedy zginie jak ten artefakt dostanie się w ręce prawego człowieka. A na być to osoba która swym wyglądem wystrasza orki...swoi odorem uśmierca zwierzynę i wszelką roślinność. Praktycznie nie możliwe i o to w tym właśnie chodzi.
Pewnego dnia kiedy Szatan był człowiekiem prawym i cnotliwym uratował życie żony samego Malandara był to król królów i nawet król bogów tylko ze pod postacią człowieka. Obiecał więc Malandar że spełni jego jedno życzenie (jak w złotej rybce ). Szatan myślał i myślał i w koncu powiedział chce mieć armię której będą się lękać najlepsi wojownicy najdziksze zwierzęta a nawet sami bogowi. Maldar swoją obietnica że spełni jego jedno życzenie tak też uczynił...ale dał mu jeden warunek. „Masz posiadać jeden artefakt który tą armie może zniszczyć lub przejąć." Szatan się zgodził na to wybierając artefakt zdolny do zniszczenia tej armii wojowniczek. Jeden mały pierścień potrafiący władać najpotężniejszą armią na całym świecie. Nie był to złoty pierścień ani nie był ze srebra był ze zwykłego metalu. Ozdobiony wyrytą nazwa Ex-Wox-Mex. Język zaginionych. Prastary język używany za czasów Entów jak i za czasów stworzenia pierwszych gór. Lezący w najgłębszych lochach , najciemniejszych i najpilniej strzeżonych przez wojowniczki i Błękitnego Smoka , najsilniejszego smoka jakiego widział świat. Żadna śmiertelna osoba nie mogła przeżyć w walce ze Smokiem. Smok Błękitny swą nazwę zawdzięczał od błękitnych oczu które były tak piękne , aż przykuwały uwagę napastnika. Osoba śmiertelna patrząca się w oczy Smoka zamieniała się w jego sługę w człowieka bez własnego zdania bez własnej woli w człowieka który by oddał życie za swego Pana. Błękitny Smok nie był ogromnych rozmiarów był nie wyższy niż Himery z jaskiń Deux czyli mierzył sobie około 23 m wysokości , za to był bardzo szeroki dwunastu męszczyzn o potężnych ramionach ledwo mogło go objąć. Miał dość dobrze rozwinięte mięśnie skrzydeł , miał aż dwie pary skrzydeł !! Jeden na plecach drugie zaś na barkach. Jego cień przypominał wielkiego opancerzonego Łowcę Wampirów. Nie miał żadnego pancerza.....Jego sama skóra i łuski były grubsze niż metal o grubości dwóch palców człowieka. Bestia potrafiąca siać zniszczenia w Zamkach obawiała się tylko jednego armii wojowniczek z rodu Dumanondów.
Ta cała obrona , te całe lochy nie uchroniły pierścienia przed kradzieżą. Pierścień został skradziony przez krasnala siwobrodego. Specjalistę od płatnych zleceń jak i morderstw. Nie bojący się niczego. Krasnal alchemik sławny w tawernie „pod dziką panną „ szczycący się swoim męstwem i pogarda dla pijaków którym był sam. To nie był nałóg krasnale nie mieli żadnych nałogów. Oprócz kopania w podziemiach Otemusa. Każdy krasnal miał we krwi picie. W świecie krasnali wyróżnia się dwie warstwy , krasnal który potrafi wypić za trzech i krasnal potrafiący wypić za dziewięciu.
Na drugim końcu miasta żył pewien oszpecony człowiek.....CDN...

Zajęty Zamek [Juri]

Śnieżyca cięła w oczy dwóch wędrowców, którzy postanowili schronić się przed nawałnicą w Zamku położonym nieopodal Saew. Gdy zbliżyli się do fosy ich oczom ukazał się przerażający widok. Olbrzymie zastępy banitów otaczały mury i wydawały się wylegać przez bramę i zwodzony most Twierdzy.
Olwena i Verius postanowili wycofać się i czym prędzej donieść królowi o tym co zobaczyli wiedząc, że nie podołają takiej ilości zbirów,. Przedzierali się przez zaspy, aż dotarli do wschodnich bram Garlan i do zamku Króla. Verdan Zlotobrody powitał ich chrapaniem, ale na odgłos kroków uniósł swą osłoniętą Czapą głowę.
-zakłócacie mój spokój!
-Nie my zakłócamy lecz banda najeźdźców Verdanie! Zakrzyknęli oboje
-Jak to?, co wy pleciecie? Widać było zdziwienie w starych oczach króla widocznych pod niedżwiedzią maską.
-Najechali nasze ziemie od wschodu i trza ich rozgromić bo zajdą i tutaj.
Opowiedzieli Królowi o przejętym zamku, o ziemiach od teraz zagrożonych atakiem.
Król nakazal swej strazy gotowość w obronie, lecz nie był na silach by wyslać swą armie poza miasto.
-Trzeba mi wielu gotowych ludzi do odbicia Zamku, lecz i silnych by posunięcie to się powiodło!!! Zakrzyknął wstając ze swego wysiedzonego tronu.
-Uzbroimy się odpowiednio i przybędziemy z odsieczą Panie.
Dwoje Nordme postanowiło powiadomić resztę MdP o zamiarach zorganizowania obrony.
Z racji sojuszu zawezwali też gildie Duchów Miasta i zebrali się wszyscy ostatecznie w kanionie prowadzącym do wschodnich bram Garlan.
Okazując swą gotowość przekroczyli bramy miasta i weszli do Zamku do potężnych komnat Króla. Początkowo stojąc w nieladzie poczęli przekrzykiwać siebie nawzajem, a że było ich wielu gwar był niesłychany. wtedy wyszedł na przód Mistrz Gildii Renald Sol i zaczął uspokajać zebranych.
Wszyscy zamilkli prócz jednego, który zaczął mamrotać pod nosem słowa sprzeciwu. Wtedy król zdenerwowany hałasem podniósł się ociężale z tronu.
-Albo umilkniecie albo zawezwę swoje oddziały by to one odbiły ów Zamek z rąk Banitów.
Zachwiał się na nogach i usiadł ponownie zmęczony.
Na rozkaz w końcu ustawili się w kolejności pełnionych funkcji. Gildia MdP i DM gotowa do walki i zdyscyplinowana.
Hekke jako dowódca MdP stal z przodu a przed nim kolejno Olwena i Verius, potem Renald Sol, który przed sobą miał Celmera, Nashkara, Mareanusa i Carneya. Tylko gdzieś w Sali nikt nie wiedział gdzie, ukrywał się jeszcze jeden z nich- skrytobójca.

Wyruszyli z Zamku w kierunku opanowanej Twierdzy nieco zbaczając z drogi, lecz po utworzeniu bram przez magów wszyscy znaleźli się przy skałach Saew.
Po cichu przekradli się do fosy opanowanego Zamku i ujrzeli szeregi zwartych najeźdźców otaczających Zamek.

Zwarci ruszyli na rozkaz dowódcy i zaczęła się jatka. Oswajacz ze swoimi zwierzętami , wojowie i magowie wszyscy walczyli dzielnie zabijając groźnych przeciwników i coraz bardziej zbliżając się do mostu zwodzonego i bram Twierdzy. Widać było ciała banitów zaścielające ziemie, zapach krwi był wszech obecny. Wrzask i tumult przyprawiały o mdłości.
Nie raz zdarzyło się, że któryś z dzielnych członków gildii padł ofiara ostrego miecza banity.
Po długiej walce udało się całej gildii wejść do Zamku. Musieli jeszcze oczyścić z napastników komnaty . Gdy to zrobili przez bramę dało się słyszeć dziki ryk i przed zamkiem ujrzeli nowe zastępy najeźdźców. Magowie wbiegli na wierze Zamczyska i poczęli atakować swymi czarami z góry. Reszta w tym czasie odpierała atak wrogów z mostu i dziedzińca.
Po długiej i wyczerpującej walce zdawało się, że już było po wszystkim, gdy z jednej z komnat usłyszeli wołania.
-Mamy jeńca!!!


Jeniec jednak nie był chętny do współpracy i nie mówiąc wiele zaczął uciekać, niestety za szybko, wbiegł na dach potem zeskoczył na śnieg i pobiegł w kierunku Jaskiń Saew.
Strudzeni wojowie próbowali go gonić lecz zbyt wiele wysiłku włożyli w walkę i nie dali rady go dogonić.
Gdy na Zamku ustały gwary, dzielni wojownicy sprawdzali jeszcze czy na pewno żaden z banitów nie ukrywa się gdzieś w komnatach. Część gildii zeszła do lochów gdzie ujrzeli zacumowany statek. Oznaczało to jedno! Banici właśnie nim przypłynęli.

Po wygranej bitwie, zmęczeni wrócili do Króla by oznajmić iż Zamek został oswobodzony a ziemie Jarlingów oczyszczone z zagrożenia i przejęcia.
Król powitał ich jako zwycięzców i w nagrodę obdarował górą złota.
Z podziwem patrzył na odchodzących zjednoczonych w godności wojowników z gildii MdP i DM.

Nikt nie zdawał się domyślać iż to nie koniec obrony wschodnich ziem Nordme było…

Jeszcze jedno ostrzeżenie!

Wędrując po lasach naszego kraju poza wspaniałymi przygodami mogą Wam się zdarzyć i tak ponure, jak opisana poniżej.
======================

Requiem dla Miśka

Ta niedziela zaczęła się cudownie. Pogoda jak marzenie, ciepło i lekki halny. Jeszcze jedno muśnięcie lata - pomyślałem. Oczywiście pociągnęło mnie w las. Samotnie, bo młodzież wylegiwała się w łóżkach pojechałem ku Cioskowi i na tamtejsze Podlaski. Zanurzyłem się w leśny półmrok. Grzyby były, ale niewiele - jakieś gołąbki i wszędzie widma stareńkich mleczajów bieli... Powoli idę pod Cioska, ale sytuacja się nie zmienia. Rozglądam się wkoło i nic. I naraz...

Z bocznego duktu wyłonił się pies. Duży, czarny na grzbiecie, dołem podpalany, mądre orzechowe oczy. Uśmiech i przyjaźnie machający ogon. Podbiegł do mnie i obwąchał. Cześć Misiek! Pozdrowienia od Argosa - powiedziałem na głos. Kolejny uśmiech. Misiek ma obrożę, a u metalowego kółka wiszą trzy ogniwka łańcucha. Urwał się do dziewczyny - przebiega myśl. Wyciągam rękę, ale pies unika z nią kontaktu. Nie, to nie mówię. Pies robi w tył zwrot i rusza w głąb duktu. Po chwili zawraca i podbiega do mnie, znów zawraca - najwyraźniej chce, bym poszedł za nim. Ruszam zatem za nim. Tak przechodzimy jakieś 200 metrów. Naraz pies przystaje i merda ogonem patrząc w dół stoku. Przystaję i ja rozglądam się wokół, a potem podążam wzrokiem za jego spojrzeniem.

Jeden odziomek, dość spróchniały, a na nim pyszni się kolonia wspaniałych opieńków! Dzięki Misiek! - wołam do niego i rzucam się na grzyby. Po pięciu minutach mam niemal pełny koszyk. Misiek bobruje po krzakach - rozglądam się za nim i dopadam kilku ślicznych podgrzybków, które łapię i wkładam do koszyka w ślad za opieńkami. Pies znikł. Wołam Misiek! i Ciapek! odpowiada mi cisza lasu, przerywana szumem wiatru na szczycie Cioska, krakaniem kruka i skwirem jastrzębia. Znowu wracam do grzybów. Rozglądam się i czeszę las w promieniu pół kilometra i puchy. Misiek doprowadził mnie do jedynego miejsca, w którym znajdowały się grzyby!!!

Nic tu po mnie, robię zwrot przez sztag i idę do domu po drodze łapiąc jeszcze cztery kozaczki. Naraz na przeciwległym stoku Grani słyszę ostre szczeknięcia. Raz i drugi. W chwile później ciszę leśną przerywa huk wystrzału. Oż @#$%^&! przelatuje mi przez głowę - to jakiś pieprzony myśliwy, duży kaliber - dwunastka. Odgłos strzału jest wyraźny, to nie ostre, złośliwe szczeknięcie sztucera czy wysoki trzask szesnastki. To głuchy grzmot kniejówki czy boka kaliber 12, tego nie sposób pomylić z czymś innym. W sekundę później z tej samej strony dobiega do mnie przeraźliwy psi skowyt bólu i przerażenia. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby domyślić się, co tam się stało. Skowyt gaśnie, ale za to słyszę ludzkie głosy. - Staaaaseeeek!!! drze się ktoś. A potem seria słów nie nadających się do powtórzenia. Jakiś niedzielny "polowac" strzelił do psa myśląc, że to dzik czy sarna. B-bydlak cedzę przez zęby z nienawiścią zabiłeś ty @#$%^& Miśka, a bodaj cię piekło pochłonęło! Życzę ci tego z całego serca!

Dzień stracił wszelki urok.

Wracam do domu zatruty żółcią i żalem. Ból za mostkiem, szum w uszach. Tak jest zawsze, kiedy ogarnia mnie bezsilna wściekłość. Żal mi Miśka, którego zamordował jakiś niedzielny snajper za dychę. I to w chwili, kiedy na niedzielnej mszy ksiądz podnosił Najświętszy Sakrament... jakaż to potworna ironia losu. Żal mi zwierząt, których jest mało, a jeszcze są wybijane w okrutny sposób przez tych licencjonowanych morderców i kłusowników niejednokrotnie pijanych i raniących zwierzęta, które potem długo umierają w straszliwych męczarniach, bo panom zbrodniarzom nie chce się tropić postrzałka, a potem idących przez miasto obwieszonych truchłami zamordowanych przez siebie zajęcy czy ptaków. Jakby było się czym chwalić... To było dobre w Epoce Lodowej, ale nie w XXI wieku. Pocieszam się tym, że Misiek nie umierał długo. Nigdy nie życzyłem ludziom źle, ale morderców Miśka przekląłem. Wiem, że nie są tego warci, a każde przekleństwo obciąża przede wszystkim mnie w Kręgu Losu, ale w tym przypadku nie potrafię tym ludziom wybaczyć. Nie potrafię...

===============================

A zatem trzeba uważać!!! Na niedzielnych myśliwych strzelających raz do roku i na kłusowników, których namnożyło się jak psów czy zgoła wróbli. Ten Misiek uratował mi życie, bo gdybym poszedł w tamtą stronę, to dostałbym breneką jak nic, bo kłusownicy zazwyczaj likwidują niewygodnego świadka... UWAŻAJCIE NA SIEBIE!!!

Dzik lekarzem ubogiego lasu

W ubogich ekosystemach leśnych, czyli tam, gdzie występują drzewostany jednogatunkowe i bioróżnorodność jest niewielka, problem staje się masowe występowanie szkodliwych dla drzew owadów (tzw. gradacja). Lekarstwem na tę bolączkę są dziki (Sus scrofa), dość licznie występujące w Polsce. Bardzo chętnie i niemal całkowicie przestawiają się one na owadzi jadłospis w okresach, gdy liczebność owadów bardzo wzrasta. Mają wówczas możliwość zdobycia dużej ilości pokarmu ze stosunkowo niewielkiej powierzchni.

Dotyczy to przede wszystkim tych owadów, których choć jedno stadium rozwojowe przebiega w ziemi. Szukając ich, dziki intensywnie i głęboko ryją (buchtują). W ten sposób przywracają równowagę ekologiczną między drzewostanem, a światem owadów i zmieniają warunki ekologiczne dna lasu.

Zwierzęta zdzierają gwizdem (ryjem) pokrywę roślinną gleby i spulchniają ją, mieszając przy okazji ziemię ze ściółką oraz innymi częściami roślin. Sprzyja to dodatkowo dostępowi powietrza do wierzchnich warstw gleby. Poza tym, bytując w lesie, a żerując na polach dzik staje się pewnego rodzaju "kanałem transportowym" materii organicznej.

Dziki chętnie zjadają też wszelką padlinę, a nawet uśmiercają osłabione i chore osobniki innych gatunków zwierzyny. Ma to ogromne znaczenie dla utrzymania higieny na danym terenie i zmniejsza ryzyko wybuchu epidemii.

Zdaniem Ryszarda Łosinieckiego ze szczecińskiego Koła Łowieckiego „Żubr”, istotnym warunkiem bytowania dzika jest istnienie enklaw śródleśnych łąk i pól uprawnych w pobliżu lasu. Optymalne warunki stanowią dlań podmokłe chaszcze i bagienne zarośla.

Dziki, których naturalnymi wrogami są wilki (czasem rysie), na dzienny spoczynek wybierają spokojne i bezpieczne miejsca - w lesie gęste zagajniki i zarośla, a poza lasem duże łany zbóż i kukurydzy, trzciniska, szuwary nawodne itp. Tam też zakładają tzw. barłogi, czyli „sypialnie”. Na terenie swej ostoi dziki urządzają specjalne błotne kąpieliska, zwane tarzawiskami lub grochowiskami, w których, poza okresem zimy, tarzają się codziennie, czasem nawet trzykrotnie w ciągu doby.

W okresach żerowania na polach uprawnych dziki postrzegane są przez ludzi jako szkodniki. Późnym latem i jesienią, gdy lasy penetrowane są przez grzybiarzy i zwierzęta „wypychane” są z leśnych terenów, leśnicy stosują tzw. biologiczną lub ekologiczna metodę zapobiegania szkodom. W praktyce wygląda to tak, że kiedy stan pogłowia przekracza pojemność łowiska (zasobności naturalnej bazy żerowej dzika), ogranicza się liczebność stada podstawowego poprzez odstrzał.

Dzik, którego maksymalną długość życia określa się na kilkanaście lat, jest głównie roślinożercą. Pokarm roślinny stanowi około 90 proc. udziału, a pokarm zwierzęcy około 10 proc. Rośliny uprawne stanowią jedną trzecią całego pokarmu, reszta to żołędzie, bukiew, orzechy, jagody i inne owoce, niektóre trawy i zioła, korzonki i kłącza. Pokarm zwierzęcy to różnego rodzaju bezkręgowce, dżdżownice, owady i ich larwy, mięczaki, drobne gryzonie i inne małe kręgowce oraz padlina.

Wzrok dzików jest dość słaby, mają one natomiast doskonały słuch i węch. Wydają odgłosy podobne do głosów świń domowych - kwiczą, charkoczą, chrząkają i fukają, przy czym każdy z tych dźwięków towarzyszy różnym stanom emocjonalnym. Najruchliwszą częścią ciała jest ogon. Silnie zaniepokojony dzik stroszy szczecinę na grzbiecie (stawia chyb), przez co wydaje się znacznie większy niż jest w rzeczywistości.

Dzik jest zwierzęciem towarzyskim. Prowadzi życie gromadne w watahach stworzonych przez osobniki ze sobą spokrewnione. Samotnie żyją tylko odyńce, które dołączają się do watah w okresie rui.

Dziki są bardzo czujne, ostrożne i zdecydowanie unikają spotkania z człowiekiem. Ich życiowa aktywność przypada głównie na porę nocną. Kiedy nie są niepokojone, przez wiele lat zajmują ten sam teren. W poczuciu zagrożenia jednak szybko i wytrwale biegają, a nawet pływają. Ranny dzik lub locha chroniąca młode, atakuje człowieka i może być niebezpieczna.

Źródła: Nauka w Polsce
Autor: Marta Stankiewicz

Dzik jest dziki, dzik jest zły?

Rolnicy na Podhalu i Spiszu podczas prac polowych mają od pewnego czasu nietypowe towarzystwo. W czasie, gdy okopują ziemniaki, czy koszą siano bacznie przyglądają się im... dziki. Niektórym góralom locha z warchlakami napędziła nie lada strachu, a jeden ze spiszaków musiał nawet salwować się ucieczką na drzewo.

Miłośnicy ziemniaków

Gdy tylko rolnicy zasadzili ziemniaki, na wielu polach spiskich i podhalańskich pojawiły się watahy dzików. Niektóre liczą po kilkanaście sztuk. Niejednemu przeorały już pola, jednemu ze spiszaków - nawet dwukrotnie. Już po tym, gdy po pierwszym razie rolnik próbował zrekompensować sobie straty i kartofle zasadził po raz drugi. Poszkodowanym rolnikom natychmiast wypłacane są odszkodowania.

Niektórym koła łowieckie - widząc, że i tak zwierzęta wracają na swoje ulubione kartofliska - obiecały zadośćuczynienie już jesienią. Rolnicy dostaną taką ilość ziemniaków, jaką mogliby zebrać z tego pola. Zastanawiające jest jednak jedno - czemu dziki nie wykazują żadnego lęku przed człowiekiem? Czemu nic nie robią sobie z odgłosu kosiarki rotacyjnej, czy piły spalinowej? Czemu potrafią najspokojniej paść się na pobliskiej łące, podczas gdy w ich pobliżu przebywają ludzie? - Okopywałem ziemniaki na polu - opowiada Andrzej Łukasz z jednej ze spiskich miejscowości. - Na skraju lasu przez cały czas kręciły się dziki, nie robiąc sobie nic z mojego towarzystwa. Wiedziałem, że jakiś czas temu przeorały pole mojego sąsiada i wyjadły wszystkie ziemniaki. W międzyczasie przyjechali myśliwi, odstrzelili jednego dużego samca. Pomogłem im jeszcze zanieść go do samochodu. Pozostałe się jednak huku wystrzałów nie przestraszyły i dalej ryły w ziemi.

Dziki ze stajni

Leśnicy tłumaczą, że sytuacja jest normalna, gdyż zwierzęta miały wcześniej kontakt z człowiekim. Dziki bowiem, które doskwierają rolnikom to dziki z... hodowli. Jak wyjaśnia Roman Latoń nadleśniczy Nowotarskiego Nadleśnictwa jakiś czas temu koła łowieckie z Podhala zakupiły co najmniej kilkanaście dzików od innych kół, zajmujących się ich hodowlą. - Takie posunięcie było niezbędne, aby odnowić pogłowie dzika w podhalańskich lasach - mówi Roman Latoń. - Myśliwi na Podhale sprowadzili po prostu z powrotem dziki, które dawniej wpisane były w tutejszy ekosystem. Kilkanaście lat temu populacja ta gwałtownie się zmniejszyła i była praktycznie na wyginięciu. Powód? Wzrost liczby wilków - naturalnego ich wroga. Kolejny element to brak pożywienia. Podhalańscy rolnicy przestali praktycznie uprawiać lubiane przez nie najbardziej - co widać na załączonym obrazku - ziemniaki i buraki pastewne.

Po co więc dziki w ogóle sprowadzać, skoro i tak nie będą miały co jeść? - Powrót dzika do naszych lasów jest bardzo potrzebny, ponieważ może on zastąpić zjadaną coraz częściej przez wilki zwierzynę płową - mówi jeden z podhalańskich myśliwych. Dzik stanie się więc po prostu wilczym pokarmem... Co do zachowania dzików z hodowli, nadleśniczy Latoń nie jest nim bynajmniej zdziwiony. Zapewnia jednak, że to się zmieni. - W drugim, trzecim pokoleniu nauczą się typowo leśnego zachowania i będą unikały kontaktu z człowiekim. Te osobniki, wychowane jeszcze wśród ludzi, nie będą przed nimi uciekać. Dziki są dokarmiane przez koła łowieckie. Niestety, nie da się uniknąć tego aby nie poszły w szkodę, wszelkie straty są jednak wyrównywane. Do tej pory, w wyniku szkód wyrządzonych w uprawach musiano odstrzelić dwa dziki.

Żyły z nami od lat

Myśliwi apelują o rozsądne podejście do sprawy. Dzik na pewno nie szuka kontaktu z człowiekiem, a idzie jedynie za łatwym żerem. - Dziki przez lata występowały na terenie Gorców Spisza i Podhala. W lesie są bardzo pożyteczne, m.in. spulchniają glebę. Nie wolno traktować ich jak maskotki, nie wolno w żadnym wypadku dokarmiać - mówi myśliwy, który jednak pragnie zachować anonimowość. - Bardzo proszę nie podawać konkretnych miejsc ich występowania, staną się bowiem natychmiast łatwym łupem dla kłusowników. Poza tym nie brakuje ludzi, którzy zaczną gonić za tymi zwierzętami po lasach, uważając je za atrakcję turystyczną. Ostatnio ktoś gonił lochę z warchlakami samochodem terenowym. W końcu ją rozjechał...

Autor: Józef Słowik

Źródło

Beast Wars - Planeta Śmierci

Arctodus

Śnieg- sterczałem w nim nasłuchując głosu. Czekałem na kolejne słowa jednak do audiosensorów napływał tylko świst lodowatego wiatru. Zacisnąłem mocniej powieki skupiając się na odgłosach otoczenia, w odpowiedzi dotarł mnie nie dźwięk lecz drgania podłoża. Otworzyłem oczy. Światło… Nie wiedziałem gdzie jestem, pewnym było tylko to, że nie było to te same miejsce co wcześniej, a fakt opuszczenia zaśnieżonej przestrzeni wcale nie sprawiał, że czułem się lepiej. Łuna zbliżała się ku mnie, a ja nie byłem pewien z jakim stosunkiem to rozpatrywać. Było to coś niezwykłego, nie niepokojącego, lecz napawającego zdumieniem podobnym do tego, kiedy widzi się coś pierwszy raz. Zbliżająca się sylwetka była ludzką istotą, organicznym skrzydlatym tworem o niezwykle kojącej aurze. Położyła na mnie swoją dłoń, a ja uspokoiłem się przymykając delikatnie oczy.

Jesteś wolny. Nikt ci tego nie odbierze.

Ten sam głos o przyjemnej barwie, który słyszałem przed tym dziwnym wydarzeniem. Łypnąłem nią wzrokiem, badawczo obserwując tajemniczą osobę. Miała smutne oczy, przestałem cokolwiek rozumieć. Przyszła w poświacie blasku lecz wyczuwałem w nozdrzach zapach strachu i przygnębienia. Cofnąłem łeb podnosząc wargi i obnażając masywne kły. Dziewczyna pokazała mi jakieś zwierzę, z jego budowy wnioskowałem, że najprawdopodobniej jest zdolne do lotu. Nie rozumiałem absolutnie niczego, cofnąłem się jeszcze bardziej napinając mięśnie pyska i ukazując cały szereg zębów. Wolny? Kimże jesteś, że mówisz mi, że jestem wolny? Nie jestem zniewolony…

To mój mały Kasen. Wkrótce Fenkus przestanie istnieć, a ja nic na to nie mogę poradzić. Jego, ciebie i jeszcze kogoś z twojego rodzaju zdołałam ocalić otwierając bramę między dwoma różnymi światami korzystając z wybuchu energonu.

Ocalenie? – przekręciłem nieco głowę przyglądając się z zaciekawieniem obojgu organizmom. Dlaczego mi pomagasz, nie znasz mnie…

Ty jeden nie poddałeś się Ciemniowi. Ty jedne stawiłeś mu opór… Chce wierzyć że mogę ci zaufać. Proszę, cię zaopiekuj się Kasenem. Jest łatwowierny i bardzo nie porady, ale jakimś cudem rozwinął u siebie coś co można nazwać telepatią. Mówi dziwnie i trzeba nauczyć się go rozumieć. To tylko moja prośba… na imię mi Irkis i myślę że się już nie spotkały… Arctodus, wierzę że podjęłam dobrą decyzję… bywaj.

Prosisz? Dlaczego mnie prosisz? On jest nieprzystosowany, a ja nie jestem opiekunem. Wiara to dobre określenie Irkis. Zostaje tylko wiara…- odpowiedziałem chłodnym obojętnym tonem- Żegnaj.

Otworzyłem wizjery. Byłem w zupełnie innym środowisku, moje łapy miast brodzić w śniegu opierały się o szeleszczącą leśną ściółkę. Nachyliłem łeb do ziemi wciągając zapach nowego miejsca. Wszystko tak bardzo różniło się od poprzedniego klimatu, było zdecydowanie cieplej, ponadto miast bezkresnych białych pól targanych szalejącymi zamieciami zastały mnie potężne zielone drzewa, przewyższające wielokrotnie karłowatą roślinność tundry. Kolejny pierwszy dzień… Nagiąłem łeb do ziemi, wtedy dostrzegłem biel na mej łapie. Pomyślałem że to resztki śniegu, zatrzęsłem całym ciąłem by strzepać z siebie chłodną pierzynę, nic jednak nie spadło na ziemię. Falujące niczym otaczająca mnie trawa białe pasma sierści dały mi wiele do myślenia. Rzuciłem głową w bok przyglądając się sobie. Moja prawa strona lśniła śnieżnobiałym włosiem, zdającym się błyszczeć odbitymi promieniami słońca. Lewy bok skąpany był w nieprzeniknionej gęstej czerni, którego powierzchnię nagrzewała jasna gwiazda. Zaczynałem rozumieć, a ze zrozumieniem przychodziło tamto niepokojące podświadome przeczucie zbliżającego się głodu. Zamknąłem powieki, a z ciemności wyłoniło się kilkanaście ślepi- poczułem ból, jak gdyby ktoś chciał wyrwać mi część czaszki, zadarłem głowę do góry a moja sylwetka niedźwiedzia krótkopyskiego zupełnie wydawała się być przebita palącym oszczepem. Głód…

Nieorganiczny liczba jeden. Siostra-Irkis Gdzie? Śnieg gdzie? Mróz gdzie? Siostra-Irkis mówić, Kasen zostać z nieorganiczny liczba jeden. Imię Arctodus. Teraz co? Odpowiedzi.

Uniosłem cielsko zdolne powalić dorosłego mamuta na tylnich nogach i rozpostarłem łapy, a z pomięcy ociekających gęstą śliną morderczych szczęk wydobył się ryk podobny do gromu. Liczyłem, że spotkam zwierzynę wcale nie mniejszą od włochatego trąbowca z Fenkus. Potem opadłem na ziemię rzucając dziki spojrzenie na gadającego nietoperza- Irkis już nie ma… teraz będziemy jeść! Licząc, że stworek uczepi się mej sierści niczym jeździec grzywy konia ruszyłem wśród traw i pni w poszukiwaniu zdobyczy. Wilgotne nozdrza chwytały woń mieszkańców zarośli, a ja gnałem dalej i dalej wymijając drzewa i tratując wszystko na drodze w poszukiwaniu ofiary.

ED - Co w knieji puszczy?

Guido z Parlainth i inni

W pierwszym odruchu chciał się wycofać. Tyle już tych walk, rozlewu krwi, teraz zresztą połowa ich drużyny nie nadawała się, aby wziąć udział w kolejnym starciu. Tylko że jaskinia, skryta za wodospadem, nie dawała gwarancji ratunku. Nawet jeśli tubylcy o niej nie wiedzieli, to życie w puszczy na pewno nauczyło ich tropienia. Gdy tylko dotrze tu główna grupa i rozprawi się z tym oszalałym gryfem, to zaraz potem uderzy na nich. Nie mieli innego wyjścia. Szansa podróżników była tylko tu i teraz. Jeśli pomogą zaatakowanemu elfowi, może jego pobratymcy nie zabiją ich, gdy tu przyjdą. Ithkul wyraźnie tego nie rozumiał. Kyvan pozostawał otępiały po przeżyciach z początku nocy. Ranna Lucilla miała opory przed walką z gryfem, gdyż uważała, że to jeden z ostatnich żywych przyjaciół Lamberta, towarzysza jej męża. Guido cicho, szybkimi słowami, przekonywał ją, że teraz już nic mu nie pomogą – jak nie oni, to elfy zabiją bestię, a lepiej będzie, jak ich piątka będzie miała swój udział w tym zwycięstwie. To była dla nich żywotna kwestia - dosłownie. Poza tym nie mogli wykluczyć, że przeklęty Radamir wypaczył wzorzec także i tego zwierzęcia. W ciemnościach nie mogli się przecież dokładnie przyjrzeć gryfowi. Wuj Mistroth nie miał takich dylematów – aż się garnął do tej walki. Guido nie pytał o jego motywy, tylko zawierzył jego mądrości i doświadczeniu. Ruszyli we trójkę do walki.

Gąszcz ograniczał ruchy skrzydlatego potwora. Poza tym zwierzę było zajęte atakowaniem elfa. Początek był łatwy. Kolejne lodowe pociski – tym razem starannie wymierzone, żeby nie trafić tubylca. Potem Guido z jednej strony, a Lucilla, ściskająca solidny drąg w zdrowej ręce, z drugiej. Trubadurka rzuciła się do przodu. Biegła lekko, prawie nie dotykając ziemi, potem wręcz skakała z czubków źdźbeł trawy w niesamowitym tańcu. Kij wirował wokół jej sylwetki, jakby był fantastycznym partnerem, ożywianym potęgą magii. Zwinne ruchy między drzewami doprowadziły ją przed dziób gryfa. Zanim jego orle oczy zdążyły się dobrze przyjrzeć napastniczce, prowadzony pewnymi ruchami kij uderzył w skrzydło. Poleciały pióra, kończyna opadła bezwładnie. Jak dziki lew bestia rzuciła się na prześladowczynię. Dziewczyna odskoczyła, nie przerywając tańca, który miał tak niebezpieczne figury. Zanim gryf zdążył ją upolować w nocnym gąszczu, do jego pleców dotarł Guido. Wskoczył na pochyłe drzewo, a stamtąd na pierzasty grzbiet. Jego tajemniczy miecz wbił się w bok szyi rumaka. Szczęście nie opuszczało chłopaka. Zanim bestia zdążyła go zrzucić i rozerwać pazurami, ostrze znalazło tętnicę szyjną. Strumień krwi wytrysnął silnym nurtem i pulsując oblewał okoliczne krzaki i drzewa. W tym momencie doskoczył elf, który wcześniej skupiał się na obronie oczekując na przybycie towarzyszy z oddziału. Płynnym ruchem wraził włócznię w oko gryfa. Dziób otworzył się jakby do krzyku, ale już żaden odgłos nie wydostał się na zewnątrz. Jedno z rozpaczliwych pchnięć Złodzieja sięgnęło płuc i otworzyło bok bestii. Guido zdążył zeskoczyć z jej pleców, zanim ogromne stworzenie zwaliło się ciężko między drzewa.

Pod ogromnym księżycem chłopak i dziewczyna stali naprzeciw umazanego farbą dzikiego elfa. Czarne pnie drzew oddzielały tę scenę od reszty ogromnej Puszczy Servos. Umierający gryf rzucił się ostatni raz, po czym zastygł bez ruchu na zawsze. Żadne z trzech par oczu nie spojrzały w tej chwili na niego.

ED - Co w knieji puszczy?

Człowiek

~~ Nie wiem jak, to było dziwne, ale byłem bardziej świadomy tego wszystkiego niż ostatnio. Byłem pewien, że dzięki ostatniemu desperackiemu ruchowi, ocaliłem, a może oszczędziłem życia istotom, z którymi podróżuję. Wilk to dzikie zwierzę, wilkołak to krwiożercza bestia. Potwór, bez litości i ludzkich odruchów. Moment przemiany, jest niczym porzucenie mego człowieczego płaszcza. Uczucia, które tak naprawdę rozumieją tylko Dawcy Imion, przestają mieć znaczenie. Odzywa się natomiast głód nocy, tak samo jak szaleńcza walka o przetrwanie połączona ze strachem dotyczącym nieznanego miejsca. Być może to jest pewnego rodzaju klaustrofobia. Nigdy nad tym się głębiej nie zastanawiałem, bo miałem wrażenie, że to i tak nic nie zmieni. Wracając do sprawy. Ostatnie co pamiętam z owej nocy, to skok przez okno na oślep, będąc przykrytym czymś, co wydawało mi się coraz bardziej nieprzyjemne i wrogie. ~~

Niewidzialny obserwator, prawdopodobnie narrator

- Oj, to był błąd. Widziałeś kiedyś kota, którego zapędzi się w kozi róg? Durny sierściuch wyrywa się we wszystkie strony, żeby tylko choć zmienić swoje położenie na bardziej dogodne do ucieczki. Teraz powiększ go kilkanaście razy i dodaj do tego to, że nie jest kotem, a tak naprawdę czymś w rodzaju psa i właśnie kończy pożerać innego małego, słodkiego, puchatego zwierzaczka. A raczej już skończył i szykował się do następnego. Wtedy właśnie przybiegł ten młody chłopak. Stał, wyglądając niczym taki dumny posąg młodego herosa, w tym deszczu, krople spływały mu po twarzy, na której malowało się nieokreślone bliżej uczucie. Stwór powoli odwrócił swoją głowę od białego kota i skierował ją w stronę chłopaka. Czerwone ślepia błysnęły w mroku. Coś co ponoć było Kyvanem, szczerzyło teraz kły ociekające śliną i krwią. Wyprostowało się w zaułku, górując teraz nad chłopakiem, któremu serce zaczynało bić jeszcze szybciej, nasłuchując kroków reszty drużyny. Likantrop oparł się na przednich łapach, jeżąc futro na grzebiecie. Musiałem na chwilę zamknąć oczy. Nie mogłem na to patrzeć. Usłyszałem tylko przeraźliwy ryk wymieszany z piskliwym krzykiem przerażonego dziecka. Potem jakiś głuchy łoskot i kolejne krzyki. -.

Wilkołak skoczył błyskawicznie na złodzieja, który już w tym samym momencie schował się za stojącą w pobliżu dużą stertę pustych beczek. Opętany dziką furią zaczął uderzać raz po raz w pękające powoli pod naporem uderzeń deski. Drzazgi i kawałki metalu zaczęły w coraz większych ilościach fruwać w powietrzu, lecz z coraz mniejszą częstotliwością. Szybko zmajstrowany plan chłopaka chyba zaczął odnosić pierwsze efekty. Wszystko można zamęczyć, nieważne jak dużo krzepy ma w sobie. Łoskot ustał jednak dziwnie szybko i Guido, nie mogąc powstrzymać ludzkiej ciekawości, wychylił głowę ze swej kryjówki w stercie beczek. Tak, to był błąd. Bestia skoczyła nań z hukiem, pękły nie tylko beczki, a chłopak, pomimo szoku wiedział już tylko dwie rzeczy. Złamana ręka będzie boleć, a teraz jest najlepszy czas na danie nogi i przystąpienie do drugiego etapu. Sobie znanym tylko szczęściem, wykaraskał się spod rozwalonych beczek puścił się pędem w stronę rzeki, zyskując kilka cennych sekund czasu, zanim bestia się zorientowała, że jej nowa ofiara próbuje właśnie pobić rekord na setkę. Łomotanie deszczu przeszyło krótkie powarkiwanie i odgłos wilczych łap uderzających o glebę, gdy bestia rzuciła się w pogoń.

Chaotic Alliance

Tymczasem na zewnątrz, nad kraterem wybitym przez posłańca, zalegała nienaturalna cisza. Napięcie można było łatwo wyczuć w powietrzu. Jeden dźwięk przerwałby brutalnie tą ciszę, jednak nikt z zebranych się nie odezwał. Cisza trwała i wydawało się, że trwać będzie tak w nieskończoność. Im bardziej się przedłużała, tym uczucie, że odezwanie się jest zupełnie nie na miejscu pogłębiało się. Żaden z nich nie chciał być pierwszym, który zniszczy ciszę. Żaden z nich nie chciał jej przerawać, mimo że wwiercała się w ich umysły i myliła myśli. Wszystko wokół bylo ciszą.

Nagle forma sytuacji pękła na kawałki. Wydawało im się, że przestrzeń między nimi została rozerwana, cisza zniszczona.

Zakrakał kruk.

Zaskoczeni nagłym odgłosem bohaterowie zaczęli się rozglądać wokół. Żaden z nich nie wyczuł przecież obecności jakiegokolwiek ptaka w pobliżu. A ich niezwykle wyczulonym zmysłom niewiele mogło przecież umknąć.

Górski smok pierwszy zauważył czarną plamę wyłaniającą się z pobliskiego lasu. Pozostali szybko podążyli za jego spojrzeniem. Wszyscy w napięciu oglądali zbliżające się zwierze. Sytuacja stawała się wręcz groteskowa. Nad Chaotic Alliance wisiała groźba wyniszczającej wojny, w wieży dzika rozgrywała się wlaśnie walka o prawa posiadania, a w wielkim kraterze stało trzech wielkich herosów, planujących razem przyszłość całego Multiświata i obserwowało nadlatującego kruka, zwierze niepozorne i słabe. Gdyby zebrani widzieli siebie teraz, z pewnością wybuchneli by śmiechem.

Jednak można było wyczuć napięcie sytuacji. Nikt się nie śmiał.

Ptak trzy razy okrążył zebranych po czym usiadł na ramieniu Traxa. Shivan Hunter zareagował odruchowo. Skrzydło lekko się zgieło, a wiązka metalicznych płytek pomknęła w stronę ptaka i niczym piła tarczowa, przecieła biedne zwierze na pół.

Nie trysnęła jednak krew, nie posypały się pióra. Ptak nie wydał nawet najmniejszego dźwięku. Ciało kruka rozwiało się w miejscu przecięcia niby mgła niesiona wiatrem. Przez moment kruk składał się z dwóch odrębnych części. Przerwa pomiędzy nimi stanowila dysonans rzeczywistości, który przeczył zdrowemu rozsądkowi. Chwilę później części te zespoliły się tak doskonale, że nie widać było żadnego śladu po ataku.

Hunter Trax zmieszał się lekko, ponieważ pierwszy raz przydarzyło mu się coś takiego. Zasięgnął rady braci, jednak Ci nie potrafili mu pomóc. Kruk natomiast, korzystając z chwili dekoncentracji Traxa, zamachał skrzydłami i wzbił się znów w powietrze. Tym razem spoczął na ramieniu Yubiego.

Zirytowany sytuacją Trax jednak nie dał za wygraną. Tym razem zafalowały oba skrzydła i w stronę neszczęsnego ptaka pomknęły cztery zabójcze wiązki metalu.

Nie dotarłu jednak do celu. Zatrzymały się przed wzniesioną ręką Górskiego Smoka dosłownie o milimetry.

- Zostaw - rzucił ostrym tonem smok - Ty go odrzuciłeś, ja go przyjmuję. To posłaniec.

Dziwny metal szybko cofnął się i ukrył w skrzydłach Huntera. Ich powierzchnia lekko zafalowała, gdy płytki zespalały sie znów w niesamowitą konstrukcję.

- Dobrze - rzekł swym metalicznym głosem Trax. Słychać w nim było zarówno rozdrażnienie, jak i lekkie upokożenie sytuacją. Jednak był posłańcem i przybył tu nie po to by walczyć. Musiał odsunąć na bok swoją dumę i podporządkować się rozkazom pana.

- Więc po co wam zamieszkała planeta i w jaki sposób mielibyście pomóc SH w wojnie, która nadciąga wielkimi krokami. Czy uważacie, że Chaotic Alliance nie poradzi sobie ze Zgormadzeniem?

- Poradzi. Owszem - mimo, że twarz Traxa była ukryta za metalową maską, Caibre i Yub poczuli wzrok SH na sobie - Ale z pomocą Shivan Hunters oraz, oczywiście, naszego pana poradzi sobie lepiej.

- No dobrze, jest w tym jakaś logika. Tylko jeszcze jedno. Po cc ta planeta i dlaczego zamieszkała? - Yub zaczął się niecierpliwić, że ambasador omija temat najważniejszy.

Trax wyjaśnił im, po co Shivan Hunterom ta planeta, i dlaczego musi być zamieszkała. Całej tej rozmowie przysłuchiwał sie siedzący na ramieniu Yubiego kruk.

[D&D "storry" GH] Święć się imię Pańskie

Trenton

Nikt nie nadchodził. Mędrzec leżał z głową smutnie położoną na przednich łapach,z rzadka tylko drapal się po zapchlonym, brudnym grzbiecie. Grzeczny piesek. Zlizywał spokojnie zaschniętą krew z warg i przednich łap.
Trenton opuścił napięty łuk i przestał wpatrywać się z uwagą w hipnotnotyzującą biel na zewnątrz. Mając baczną uwagę na psa i z rzadka tylko spoglądając czy nikt nie nadchodzi wyjął prostej roboty sztylet i jął nim wydrapywać na framudze napis. Pracował wytchwale i z zapałem rzucając wokół siebie szybkie spojrzenia, z wytkniętym na językiem. Zawsze gdy się nad czymś skupiał, wytykał go na zewnątrz.
"Róże są" głosił napis a ostrze sztyletu dalej opornie wchodziło w drewno. W powietrzu unosił się lekki, ostry zapach potu. Najwyraźniej należał od do Irvina, gdyż młody żołnierz nie zdążył wziąć czynego udziału w walce.

Dziwne ale nie dochodziły go odgłosy spodziewanej szamotaniny z dołu. Udo musi wychodzić z siebie chcąc rozszarpać na strzępy drani którzy zabili mu żonę. Bez powodu. "Spyży dasz... i bum, grot prosto w twarz. Widocznie czuli się albo zbyt pewnie (i bezkarnie) albo za mało pewnie (i chcieli pokazać że nie żartują). Ciekawe czy Baucef pozwoli wymierzyć sprawiedliwość poszkodowanemu karczmarzowi. Bogini lasu wie, że Trenton nie lubił gospodarza, ale współczuł mu straty. Nie wyobrażał sobie co zrobiłby gdyby ktoś zabił na jego oczach matkę lub ojca. Gdyby ich głowy eksplodowały od strzału jakiegoś okrutnego obwiesia, chcącego paszy dla koni. Przyjaciele z oddziału to co innego -nie są bezbronni, nie są niewinni. No, baba Uda może i nie była niewinna, zresztą kto jest, ale i tak szkoda cholery.
Ja tam pozwoliłbym karczmarzowi dokończyć dzieła, chociaż lepiej wpierw dowiedzieć się więcej na temat jego towarzyszy.
Pracował sztyletem a ciekawośc go zżerała. Próbował się z nią pogodzić wiedząc że gdyby był na dole, chciałby być tutaj i mieć baczenie na podwórze. Do końca życia już będzie skazany na "a co by było gdyby".
Taki już jest.

" Róże są czerwone, fiołki fioleto" , Trenton dalej wycinał poszarpane litery. Nadal nikt nie nadchodził.

~~Zabieram ze sobą psa. -Myśl wykrystalizowała się w głowie Trentona.-Udo źle go traktuje. Nie żebym chciał zwerzaka zatrzymać, co to ,to nie. Zbyt dziki jest by między ludzi iść. W oddziale (nie jesteś w oddziale) nie można mieć zwierząt. W dodatku mógłby kogoś pogryźć (wiesz że nie pogryzie, masz dar , nie pozwolisz mu na to) , a to już za dużo problemów jak na jego głowę. Po prostu go stąd zabierze i pozbędzie się gdzieś po drodze. Gdziekolwiek, gdzieś gdzie mu będzie lepiej. Z dala od Udo, jego kopniaków, krzyków i chłodu tej jego pieprzonej karczmy. ~~

Spadajaca z dachu kupa śniegu, przywróciła Trentona do rzeczywistości. Cholera, pozwolił sobie na chwilę nieuwagi. Stał ze sztyletem w ręku ale ostrze już nie pracowało. Napis był skończony.

Młody wilk napotykając pełne zamyślonego otępienia spojrzenie Irvina, przywołał do siebie gestem i wskazał mu framugę.

"Róże są czerwone, fiołki są fioletowe, a Udo karczmarz ma nasrane w głowie".

Witchdoctor [ostatnie Tchnienie] Fr - Sesja

Hunk<br /><br />Czekał domagając się jakiejkowiek odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie, które zadał. Miast tego rozmawiali między sobą, ignorując wojownika. Ten tylko stanął naburmuszony, opierając się o ścianę. Przyglądał się dokładnie pomieszczeniu i każdemu kto w nim przebywał, jednak nie odnotował niczego ciekawego. Wtem postanowili, ze wyruszają w tej chwili, co niezbyt podobało się najemnikowi. Chciał wykorzystać okazję i pospać trochę w wygodnym łóżeczku, zjeść dobrą strawę, wypić sobie w towarzystwie, a nie spieszno mu było, by na gwałt wyruszać po ten głupi kamyk. Chciał przynajmniej wydać trochę pieniędzy, żeby się nie zmarnowały. Spojrzał na Cedrika i podszedł do niego powoli, grzebając prawą ręką w kieszeni. Wyjął z sakiewki około stu złotych monet i wręczył je barbarzyńcy.<br />- Masz... twoje. Następnym razem założę się o dwieście. - Odwrócił się jeszcze i spojrzał po wychodzących towarzyszach.<br />- Wyruszamy tak od razu? Chciałem jeszcze spędzić tu noc, posiedzieć w karczmie, potem już nie będzie takiej okazji! Trzebaby spożytkować jakoś ten czas i pieniądze jakie dostaliśmy... No wiecie... Zabawić się. <br />Jego prośby odbiły się echem po wspólnikach. Spoglądał tylko na przemian, to na Thoga, to na Makiawel jakby szukając poparcia.<br />- A zresztą... - W końcu się poddał. Wiedział, że to i tak nie ma sensu. A może i lepiej się stało? Im szybciej pójdą tym szybciej skończą, a potem będzie mnóstwo czasu na oddawanie się przyjemnościom.<br /><br />======================================================================<br /><br />Dżungla. Nie lubił dżungli, przyzwyczajony był do miejskich zabudowań. Ciasnych, wąskich uliczek, wielkich przepełnionych ludźmi targów, obskórnych budynków, zrośniętych brudem i pleśnią. Tutaj nie czuł się swojsko. Wkurzały go brzęczące nad uchem owady, liczne pajęczyny i pełno różnego g*wna jakie przewijało się pod stopami. Nie przyznając się do dyskomfortu, szedł cały czas z boku, ochoczo przygwizdując, lub śpiewając wesołe pijackie piosenki, często pozbawione jakiegokolwiek sensu.<br /><br />Odgłos bębnów nie zmusił Hunka do zaprzestania śpiewu. Starał się śpiewać jeszcze głośniej by nie zostać zagłuszonym przez dźwięki bębnów. Miał gdzieś czy to było z wioski pokojowo nastawionych tubylców, czy też wioski kanibali. Wisiało mu to i nie przejmował się ich prymitywnymi dźwiękami. Nagle jednak odgłosy ucichły. Tak samo Hunk. Rozejrzał się dookoła i po wykrzyczanych słowach sięgnął rękojęści olbrzymiego miecza. Nie wiedział czym, lub kim jest Malar, ale podejrzewał, że szykuje się walka. Gdy pojawiły się zwierzęta, trzymując jedną rękę cały czas przy mieczu, drugą sięgnął do kieszeni koszuli by wyciągnąć niewielki, skórzany woreczek, który rzucił pod zwierzów. Z ziemi wyrosły, wszelkiego rodzaju pnącza i korzenie, który zaczęły owijać się wokół czterech stworów. Zwierzaki, w tym nie tylko małpa i puma były całkiem zwinne i gnając dalej naprzód, zdołały uniknąć oplątania.<br /><br />Kapłan posłał czar w niedźwiedzia, który pomimo silnej rany trzymał się całkiem dobrze i parł dalej naprzód.<br />Najemnik przeskoczył parę metrów i wpadł przed kapłana, którego dzieliły sekundy od konfrontacji z misiem. Hunk nie chciał by półork sam stanął przeciwko niedźwiedziowi. Po części dlatego, że odebrałby by wszystkim najlepszą zabawę, a po części dlatego, że jednak widok tego pędzącego niedźwiedzia sprawił, że adrenalina mu podskoczyła i zaczynał się martwić o kapłana. Uchwycił swe wielkie ostrze obie ręce, po czym z impetem wbił się w ciało zwierza, tnąc głęboko i poważnie go raniąc. Miecz, niczym rzeźnicki tasak rozciął łapę z wielkimi pazurami, która poświdrowała gdzieś w walczących. Najemnik wyjął szybko ostrze, z ciała, które jak myślał, padnie zaraz bezwładnie na ziemię, jednak niedocenił zwierzaka. Jego oszalałe ślepia wpatrywały się teraz w Hunka, gotując się wściekłością i dziką furią. Najemnik nie krył zdziwienia.<br />- A to ci sukinkot... - <br />Uderzył drugi raz, mając nadzieję, że ten cios obali już stwora, jednak ten, swą potężną łapą uderzył wprost w ręce wojownika, wytrącając mu prawie miecz z dłoni. Uderzenie było silne, jednak nie zraniło najemnika. Przygotował się na kolejne ataki niedźwiedzia, trzymając miecz przed sobą i wymamrotał tylko.<br />- Thog! Skurczysyn jest diabelnie silny i wytrzymały! Ja go tu przytrzymam i ściągnę jego uwagę, a ty pieprznij go jakimś czarem czy co tam masz! Albo zajdź go od tyłu to mu ciężej będzie podzielać uwagę na nas dwóch!

Płaszcz i Szpada

Osiłek hardym wzrokiem patrzył na stal przy swym gardle lecz gdy ostrze schodziło niżej odwaga go opuszczała by przerodzić się w panikę gdy czubek ostrza dotknął jego krocza. Przeraźliwym piskliwym głosem wywrzeszczał swą odpowiedzi.

- Biskup jest w komnatach na górze! Uczy tą sukę moresu.

Oprych rzucał wściekłym spojrzeniem to na swą niedawną ofiarę to na swego obecnego oprawcę. Wściekłości i bezsilności przeplatała się z strachem. Gdy ostrze ukłuło go w podbrzusze zapiszczał niczym zarzynane zwierze i wywrzeszczał swe zeznanie.

- Nie wiem gdzie jest ten Tristan! W życiu go nie spotkałem ale Biskup jest na górze! Pokazuje tej swojej dziwce gdzie jej ...!

Donośny huk niczym wystrzał z pistoletu ponownie rozległ się w ciemnościach nocy zagłuszając ostatnie słowa osiłka.

Równy odgłos kroków rozchodził się po całej sali. Pochodnie w rękach sług Biskupa ledwo rozświetlały korytarz. Mężczyzna powoli wyłaniał się z mroku wraz z odgłosem kroków coraz więcej światła oświetlało nieznajomego, gdy zatrzymał się jego twarz wciąż skryta była w ciemnościach nocy lecz mężczyźni wpatrywali się z upiorna fascynacją w szpadę na której światło pochodni tańczyło Swój dziki taniec sprawiając iż wyglądał niczym ognisty miecz jakiegoś demona z głębin otchłani. Głęboki niski głos mężczyzny zmrażał krew w żyłach.

- Tak nie traktuje się Damy. Widzę że muszę was nauczyć...

Demon zrobił krok w przód. Jego oczy były rozszerzone do granic możliwości, patrzyły nie na swych przeciwników lecz przez nich na upiorny krajobraz jaki malował się za nimi. Jego usta zwęziły się w wąską kreskę, wymówił tylko jedno słowo.

- Francisco.

Krew odpłynęła z jego twarzy sprawiając iż mężczyzna przypominała Anioła. Anioła Śmierci zesłanego przez niebiosa by wywrzeć na grzesznikach karę za grzechy. Skoczył do przodu ciskając jednocześnie sztyletem w sługę który jako jedyny dzierżył pistolet. Ostrze zagłębiło się w lufę pistoletu na sekundę przed wystrzałem, gdy ten nastąpił rozerwał rękę sługi który strzelił, jego towarzysz zginął z rozciętym gardłem nim zdążył oderwać z szokowanego wzroku od skrwawionej ręki.
Biskup przerażony wciąż trzymał rękę wzniesioną do ciosu, gdy jego sługa rzężąc z rozciętym gardłem osuwał się na ziemię otrząsnął się i zaczął sięgać pod swą sutannę kompletnie zapominając o Rainee stojącej za jego plecami.

Huk wystrzału był równie wielkim zaskoczeniem dla Eugena równie wielkim co dla wszystkich pozostałych. Fakt że w tej samej chwili co rozległ się wystrzał La Condesa pociągnęła jego dłoni z nożem chcąc rozciąć swe więzy sprawił iż osiłek dojrzał swą szansę. Odtrącając ostrze które go więziło i skoczywszy na nogi pędem puścił się w stronę drzwi. Był już przy nich jeden krok dzielił go od progu za którym mógł się skryci. Ostrze szabli wyszło z jego piersi ciśnięte z siłą jaką mogła zrodzić tylko najbardziej zajadła nienawiści. La Condesa patrzyła na swego niedawnego oprawcę, człowieka który upokorzył ją, który bił ją, śmiał się z jej słabości... patrzyła jak pada na kolana jak życie wycieka z niego, jej szabla sterczała wbita w jego plecy.

Osobno - zbiorowy fan fick o Morfach

W takim razie wybacz, Czarny =/ Nie chciałam jednak pchać się tam, gdzie już było dużo ludzi, wiec padło na Ciebie.
-----------
Ledwo pierwsze promienie słońca przedarły się przez ziemska powłokę, ja już szybowałam w górze. Latanie to cudowne uczucie, pełna niezależnosć i swoboda. Tak naprawdę nie dziwiłam się Kriiii Krii Krii Kri Kriiii Krrri Kriiiiiiiemu, że tak długo przebywał w ciele żurawia. Jako człowiek nazywa się Matthew, więc tak na niego będę mówić, kiedy spotkam go jako człowieka.
Ale teraz byłam myszołowem. I żadne "krii" nie było mi obce.
Nie byłam ssakiem, żeby łamać sobie na tym język.
A jesli chodzi o mnie, nie znajdowałam w sobie siły na tyle dużej, by wytrzymać jako myszołów wiecej niż tydzień.
Może mi to po prostu nie było potrzebne.
Zapikowałam w dół, z dzikim "kiiriiiie" rzucajac się na ratujaca się ucieczka mysz.
Daremne żale, próżny trud...
Gryzoń przebierał bezsensownie łapkami, łudzac się, że uda mu się umknać z mych szponów.
...bezsilne złorzeczenia...
Poderwałam się do lotu. Niedaleko stad rosło dosć rozłożyste drzewo, potężny dab.
Moje drzewo, z moja dziupla. Tymczasowa kryjówka, w której mieszkałam, będac myszołowem.
Na miejscu nie zastałam ani drzewa, ani dziupli. Został po nich jedynie nadpalony kikut i popękane szklane butelki po piwie. ÂŚcisnęłam mocniej zdobycz i usadowiłam się na sasiedniej brzozie.
Myszołów we mnie podpowiadał, bym znalazła nowe schronienie, co, ze względu na płęc, nie powinno stanać problemów w postaci rewirów.
Z drugiej strony byłam człowiekiem.
I ta strona mojego ja czuła pewien sentyment do tego miejsca. Na tyle duży, by ci, którzy to zrobili, popamiętali swój uczynek do końca życia.
...przeżytych kształtów żaden trud nie wróci do istnienia...
Nie wiedzieć czemu po głowie kołotał mi się wiersz Asnyka. Skończywszy posiłek ze złoscia wzbiłam sie w górę, oddajac panowanie nad umysłem ptakowi.
On sie nie przejmował wierszami i ukrytymi znaczeniami, ktore wymyslili ludzie.
Latał nisko nad miastem, nieosiagalny dla homo sapiens, kursujac między wieża katedralna, nadpalona dziupla i krętymi uliczkami przedmiesć.
Wiedziałam, że jesli nic się nie zdaży, będę tak latać do wieczora.
Z drugiej strony...
... noc to ulubiona pora meneli.
Gorzej tylko z moim wzrokiem, który wtedy staje się zupełnie bezużyteczny.
Myszołów wzbił się jeszcze wyżej, z góry ogarniajac teren wyznaczony wczesniej wspomnianymi punktami.
Odpręzyłam się.
A co mi tam.
Myszołowy nie sa jakos szczególnie poszukiwane. Co innego takie orły, kaczki podczas polowań czy też sarny i dziki.
To nie o nich się mówi, że przenosza choroby wsciekłych krów, pod względem wscieklizny stanowia jedynie ogólnik typu: "nie dotykaj dzikich zwierzat".
Cóż mi mogło grozić?
Teoretycznie niedużo. A praktycznie to trochę gorzej.
W każdym razie, do wieczora trochę czasu. Zastanowię się w trakcie dnia, jak to wszystko urzadzić.
--------

P.S. Słuchajcie, kiedy już wszyscy jako tako się poznaja... Czy będac w swoich morfach - na przykład szczur i mangusta - będziemy sie posługiwać telepatia między soba czy czyms podobnym, czy też ograniczymy sie tylko do zewnętrznych odgłosów wydawanych przez te zwierzęta?Miauczenie, szczekanie itp.?